niedziela, 13 listopada 2016

Trochę Kazimierza....

Kazimierz - część Krakowa wchodząca w skład Dzielnicy I Stare Miasto. Od swojego powstania w XIV wieku do początków XIX wieku Kazimierz był samodzielnym miastem, położonym na południe od Krakowa i oddzielonym od niego nieistniejącą dziś odnogą Wisły. Jego północno-wschodnią część stanowiła historyczna dzielnica żydowska. Przez wiele wieków Kazimierz był miejscem współistnienia i przenikania się kultury żydowskiej i chrześcijańskiej.

Dzisiaj to atrakcja turystyczna, miejsce tętniące życiem, pełne knajpek, klubów, restauracji, hosteli i zabytków. Kiedy jednak zaczynałam studia w Krakowie dzielnica nie miała dobrej opinii. Zaniedbana i brzydka, obcym lepiej było się tam nie zapuszczac wieczorem, można było oberwać za nic.
Tymczasem filia mojej uczelni mieściła się właśnie tam, przy ulicy Podbrzezie. Tramwaj nr 11 dojeżdżał do ulicy Wawrzyńca, ale wysiadało się przy Miodowej i już było blisko. Miałam tam większość zajęć, przerwy między nimi wykorzystywałam na wędrówki po dzielnicy. Miasta nie znałam, daleko bałam się zapuszczać, ale ciekawość była silniejsza. I tak powoli odkrywałam bliższe i dalsze ulice. Kiedyś, kiedy przerwa była dłuższa zawędrowałam na Skałkę, kiedy indziej do Kościoła św, Katarzyny.


Zachwyciła mnie wtedy monumentalna bryła koscioła, weszłam do środka. Nie mam zdjęć z tego okresu, minęło wiele lat, a ja do dzisiaj pamiętam piękne, ale bardzo zaniedbane i zniszczone krużganki, ciszę, spokój i chłód wnętrza, gdzie oko nie gubiło się w nadmiarze zdobień, gdzie mozna było podziwiać strzelistość sklepienia i surowość stylu.
Niedawno zawędrowałam w tamte strony. Minęło wiele lat, dawno nie zglądałam, postanowiłam zobaczyć jak wygląda. Kościół  był otwarty co ostatnio rzadko się zdarza w dzień powszedni. 


Boczne wejście,


przedsionek prowadzący do części klasztornej,



sklepienie,


i pięknie odnowione krużganki.



tutaj opisano historię Izajasza Bonera i


jego kaplica.


Ktoś postawił bukiet na występie muru.


Figura świętej Rity, otoczona tutaj szczególną czcią, patronka spraw trudnych i kobiet w ciąży. 
Dobrze, że udało sie uratować ten piękny kosciół bo był już skazany na zagładę. Przechodził rózne koleje losu, budowę rozpoczęto w 1363 roku, zanim ją ukończono dwukrotnie został poważnie uszkodzony przez trzęsienie ziemi (1443 potem w 1786). Szwedzi, potem Austriacy zmieniali jego przeznaczenie i dewastowali, odnowiony i konsekrowany został w 1864 roku.
 Ta widoczna na pierwszym zdjęciu kwadratowa budowla przy kościele, to dawna dzwonnica.
Nie szukałam dokładniejszych danych o odnawianiu kościoła bo zrobiło sie późno.
 Jeszcze kilka migawek z Kazimierza,




jako przedsmak spaceru.




wtorek, 8 listopada 2016

Dębniki

Znalazłam folder zdjęć, o którym zapomniałam. Robiłam je w kwietniu 2014 roku, kiedy wędrowałam z przewodnikiem w ręku po mniej znanych zakątkach Krakowa. Przejeżdżałam tamtędy często autobusem, tym razem wysiadłam i powędrowałam na rynek dębnicki, skąd zaczęłam spacer.
Kiedyś była to odrębna wieś gdzie osiedlali się rybacy i rzemieślnicy, później zaś kupcy i urzędnicy.
Dębniki, podobnie jak Zakrzówek i Ludwinów włączono do Krakowa w 1909 roku. Powstało tam wiele ciekawych domów, kamienic i rezydencji, część starej zabudowy zniknęła przy modernizacji dzielnicy w latach 90 bo wyburzono wiele parterowych domów, pobudowano blokowiska i nowe ulice.

Widok na Dębniki z 1925 roku



Rynek. Część kamieniczek pieknie odrestaurowana, część jeszcze straszy zaniedbaniem. Między nimi  renesansowa kaplica św. Piotra i Pawła wzniesiona w 1883 roku przez inżyniera Józefa Pokutyńskiego, architekta, autora m in. Filharmonii Krakowskiej.


Wnętrze raczej mało ciekawe.


Kamieniczki przy Rynku,




Dom Pod Nietoperzem, mieszkanie Konstantego Krumłowskiego, literata, komediopisarza, w latach międzywojennych kierownika literackiego operetki krakowskiej.


Obok skromniejszy dom z sową pod dachem.



Nie dotarłam do informacji o wielu domach, a części będacej w przewodniku nie znalazłam.




Część dawnej, niskiej zabudowy 


z ciekawymi elementami na fasadzie.


Na tych drzwiach mozna odczytać ile razy były malowane.




Dom Romana Bandurskiego z 1907 roku, ciekawy, chociaż niespójny architektonicznie, nie zmieścił mi się cały.
Informacje zaczęrpnęłam ze  "Spacerownika" po Krakowie i chyba jednak powinnam się tam jeszcze raz wybrać bo nie wszystko widziałam i może by się udało lepsze zdjęcia zrobić.
Ps
Dzisiaj spotkałam "uśmiechnięte" drzewo.



piątek, 4 listopada 2016

Nie przestałam

szukać, zaglądać, tylko robię to już rzadziej, nie zawsze mam aparat i czasem mam wrażenie, że już o tym pisałam. Zdarza się też, że pamięć szwankuje i nie wiem co już uwieczniłam, a czasem, wstyd przyznać, zwyczajnie mi się nie chce. Teraz będzie jeszcze trudniej, palce marzną, na zimnie bateria szybciej sie wyczerpuje, bramy pozamykane bo ciepło ucieka.
Wczoraj przed obskurną, odrapaną bramą zaczepił mnie jakiś obwieś, żeby mu kupić jedzenie. Odmówiłam, trzasnęłam zdjęcie i uciekłam.


Miałam ochotę zajrzeć na podwórko, ale zwyczajnie poczułam się nieswojo i stchórzyłam.
Nad sąsiednią bramą znalazłam sarmackie głowy.



Wiał wiatr, łzawiły mi oczy, pod pachą trzymałam teczkę, torebka i aparat, nie było mi poręcznie, a na chodniku ciasno.





Tu nie było ozdoby tylko piękny balkon. W ten rejon jeszcze muszę się kiedyś wybrać, bo kamienic ładnych dużo, może coś jeszcze znajdę.

Zastanawiam się kto wydał zezwolenie na taki koszmarek? Kamienica i tak wysoka, po co jeszcze coś takiego? Mam wrażenie, że  prywatyzacja wyrządziła wiele szkód.  Z drugiej strony część budynków zyskała.


Spacer z wnuczką, na szczęście miałam aparat i upolowałam smoka,


indora


dziwną postać,


lwa ze zdobyczą.
Wyjrzało słońce,  może uda się przezwyciężyć lenistwo i wybrać na Salwator i spacer. Futrzakom też trzeba kupić jedzenie, wygnać z głowy nieładne myśli, roztrzygnąć dylemat, czy ubrać czapkę, czy jeszcze nie.
Na zakończenie mam prośbę do znających się na roślinkach:
Jak się nazywa ten kwiatek?


W ubiegłym roku polecono mi go na balkon. Rósł pięknie, przezimował na klatce schodowej, a w tym roku rozrósł do takich rozmiarów, że przewracał doniczkę i musiałam przyciąć, zakwitł także.
Chciałam kupić jeszcze jeden dla córki, ale zapomniałam jak się nazywa.
Teraz się zbieram.








wtorek, 1 listopada 2016

Bez tytułu

Nic nie mogę wymyślić, mam ochotę napisać, nie idzie mi pisanie.
Przejrzałam wstecz moje zapiski z 1 listopada i o rodzinnej tradycji już pisałam, o tym jak dawniej bywało też, pokazywałam zdjęcia z cmentarzy, cytowałam wiersze.
Jutro też pójdę, spotkam się z Córkami, a  ciągle mi jakoś dziwnie. Mija 8 lat odkąd radykalnie zmieniło sie moje życie, Na grób rodziców jeżdżę wcześniej sama. Przybyło tyle miejsc, które powinnam odwiedzić i  martwi mnie, że nie mogę być wszędzie.
Przywiozłam ze Starego Cmentarza kilka aniołów, lubię tam spacerować, wspominać rodzinę, znajomych, tylu ich tutaj zostało.












Najbardziej wzruszają te stareńkie, omszałe, niekompletne, strzegące niszczejących nagrobków i zatartych tablic.
Pogoda była ładna i w miarę ciepło, ale zaczęły się gromadzić ciemne chmury. Już nie poszłam do miasta, tylko na dworzec, akurat autobus był za kilkanaście minut.
Nad miastem już niebo przybrało ciemną barwę i zerwał się silniejszy wiatr.


Obserwowałam potem przez okna autobusu


ciemniejący krajobraz i 


dziury w chmurach.


Dzisiaj rano zawiozłam kwiatki na cmentarz, a wieczorem jeszcze poszłam na spacer.


Słońce zachodziło na pomarańczowo. Czy wytrzyma jutro bez deszczu?
Wspomnienia jednak zostawię dla siebie.