poniedziałek, 23 maja 2016

Spotkania ciąg dalszy.

Jedziemy do Lanckorony. Urocze, zabytkowe miasteczko, chętnie odwiedzane przez turystów. Musiałyśmy zaparkować w bocznej uliczce, ale się opłaciło. Spotkałyśmy pięknego władcę haremu.


Niestety mały rynek i okoliczne uliczki zapchane samochodami, trudno zrobić zdjęcia bez takich "ozdobników".

Tutaj królują anioły,


do wyboru i do koloru, co kto lubi.



Słynne podcienia i urocze domy,



każdy inny, w lewo, czy w prawo, a ja weszłabym za tą bramę.


Na jednym z dachów wypatrzyłam takiego stwora.


Boczna uliczka też malownicza,


akurat ruch się na chwilę zmniejszył.


Nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała na "zaplecze".


Odwiedziłyśmy sklepik przy muzeum, 






wypiłyśmy po soczku, zjadły na spółkę ciacho przy takim stoliczku i


powędrowały dalej.


Jeszcze jeden ładny dom,

.

rzeźba w ogródku,


a co było tutaj jeszcze opowiem i pokażę.


Spotkanie, które na raty będzie opisane.

Piątkowy telefon postawił mnie na nogi. Zostałam zaproszona na spotkanie, miałam poznać nową Znajomą z wirtualnego świata.
Sobotni wieczór spędziłam na wyciąganiu bluzek z szafy i przymierzaniu, bo w tej będzie za zimno, w tej za gorąco, a w tej wyglądam okropnie. Niedziela powitała pięknym słońcem, pełna zapału popędziłam na dworzec. Tam spotkałam Barbarę, obejrzałyśmy znaki rozpoznawcze, zaakceptowała mój  powitalny, pociąg trochę się spóźnił, wreszcie jest!


Barbara miała liść rabarbaru, bardzo okazały, a ja ten znak na patyku. Poznałyśmy się bez trudu.
Krótka narada i wędrujemy Plantami na targ staroci. Nie kupiłyśmy niczego był tłum i było nam gorąco, pooglądałyśmy różne cudeńka i stare zdjęcia. Było kilka interesujących, ale sprzedający chciał za trzy małe zdjęcia dychę!




Te ceramiczne zwierzaki w kwiatki były ładne i inne niż większość.




Obejrzałam te koguty i pani pozwoliła zrobić zdjęcie. Z wrażenia nawet nie zapytałam ile kosztują.


Zamiast staroci kupiłyśmy truskawki i  poszły do samochodu. Drogą wśród zieleni zawiozła nas Barbara do swojego domu. 


Kwiaty wszędzie,


przed domem, za domem,



wokół. Na spotkanie wyszedł przystojniak Błyskotek,


zajaśniało jaskrami,



podniosła łapkę Muszelka.



Odsapnęłyśmy chwilę w cieniu werandy, zjadły pyszne kanapki, zachwyciły się po raz n-ty domem, kotami, ogrodem, ciszą, śpiewem ptaków i nasza urocza Gospodyni zabrała nas na wycieczkę.
cdn



piątek, 20 maja 2016

MOCAK - jeszcze raz.

Pisałam już o tym muzeum, o wystawach budzących mieszane uczucia i kontrowersje. Byłam znowu, bo wystawy nowe i chciałam pokazać koleżance, która jeszcze tam nie była.
Budynek obszerny, mieści jednocześnie kilka wystaw, nie umiem pisać jak krytycy, mogę nazwać tylko swoje odczucia. Niejednokrotnie zastanawiam się gdzie kończy się sztuka a zaczyna poszukiwanie nowych form wyrazu. Współczesna technika pozwala utrwalać nawet ulotne chwile, pokazywać to co niemożliwe. Czasem uważam to za udziwnianie i właściwie nie lubię, że muszę korzystać z podpowiedzi: co autor....itd. Zastanawiam się wtedy, czy to moje nieumiejętne odbieranie, czy też przekaz tak hermetyczny, że dla zwykłego widza niedostępny.
Pokażę kilka prac z komentarzem, dla ciekawych.

"Medycyna w sztuce"
Szereg obrazów przedstawiających ludzi z rozmaitymi deformacjami twarzy spowodowanymi chorobą i efekt operacji naprawiających .
Przyznaję, że obraz jednak łagodzi wrażenie deformacji, przypuszczam że zdjęcie byłoby bardziej szokujące. Modele to nie wytwór wyobraźni artysty, tylko żywe osoby.





Lubimy zmieniać skórę, odnawiać się, poprawiać.


Bardzo wymowne są te dwie prace.


Podobała mi się figurka chłopca na szpitalnym łóżku.  Boi się, tak mocno opiera ręce o łóżko, że prawie je wbija, twarz bez oczu sugeruje niewiedzę i zagubienie.






Coś Wam to przypomina?


Medycyna jest źródłem wielu tematów, które w różny sposób „dręczą” ludzką egzystencję. Tym samym jest wymarzonym polem dla sztuki. Artyści doskonale wyczuwają „dostawców symboli”. A medycyna jest dostawcą wszechstronnym. Przede wszystkim wie bardzo dużo o tym, co to znaczy być skazanym na śmiertelne ciało.


Wystawa Roberta Devriendta pt. Making Connections to kolejna z serii indywidualnych prezentacji artystów z Kolekcji MOCAK-u. Ekspozycja zostałazorganizowana wspólnie z Groeninge Museum w Brugii. Belgijski malarz tworzy serie składające się każdorazowo z kilku bądź kilkunastu realistycznych miniaturowych obrazów olejnych. Sekwencje układają się w historię. Tytuł wystawy to nie tylko nazwa jednego z prezentowanych na niej cykli, ale przede wszystkim zaproszenie do samodzielnej, kreatywnej rekonstrukcji wydarzeń na podstawie pojedynczych kadrów, strzępów opowieści. Making Connections jest formą odbioru sfragmentaryzowanej rzeczywistości.
(Teksty na kolorowo pochodzą ze strony muzeum, omówiono tam obszerniej całą ideę wystawy).




Na zakończenie, chociaż to jeszcze nie koniec, kilka kompozycji z wykorzystaniem rycin starego podręcznika medycyny,




Pomysł mi się podobał, ale jako ciekawostka, nie dzieło sztuki.