sobota, 8 lutego 2020

Bywa i tak...

Na coś się czeka, chce się zobaczyć, spodziewa dużo, nie doczyta do końca i następuje rozczarowanie. Na ogół wystawy w muzeum Manggha okazują się interesujące, egzotyczne, zgodne z zapowiedzią. Ta też zgodna, tylko, że ja się spodziewałam czegoś innego.
Miecze z Japonii okazały się owszem interesujące, ale mało spektakularne i co tu dużo mówić dla mnie nudne w odbiorze. Można było się dowiedzieć o sposobie powstawania, dostrzec niuanse w zdobieniu  klingi, tylko że przekazać dalej tego nie umiem. Bo mnie trochę zmęczyło.



Ozdobne pochwy na miecze, niezwykle misternie wykonane, niestety było tylko kilka.








Ozdobne elementy mocujące, żeby miecz nie wysuwał się z rękojeści. To tyle o mieczach.
Druga wystawa to: "Zostaw drzwi uchylone" projekt dwojga współczesnych artystów powstający we współpracy z prestiżowym festiwalem artystycznym Biwako Biennale odbywający się co dwa lata w Japonii. 
Masako Tanata tworzy


"... wielkoformatowe instalacje  o przytłaczającej prezencji. Jest to sztuka alternatywna, nastawiona na oddziaływanie na linii autor-odbiorca, dzięki której możemy na chwilę poczuć się częścią innego, odległego świata, wymiaru stworzonego przez artystę, impresji wywołanej fascynacja tym, co nieznanie i odległe." (cytat z folderu)



"Efekt pełni księżyca" Kula ze stali, drewna, folii papieru, z każdej strony inna, fascynująca.




Balans tego samego artysty. Konstrukcja ze stali, trochę ruchoma i można na nią wejść.






Gabriela Morawetz
oprócz malarstwa , grafiki i rzeźby artystka zajmuje się również instalacją.


"Jest inny świat, ale on jest tutaj" przedziwne, tajemnicze obrazy-kompozycje z emulsji, druku pigmentowego i szkła.



"Continuum" Instalację tworzą zwoje taśmy aluminiowej, bębny i rolki, nadruk pigmentowy. Można wejść niemal do środka i odkrywać detale, krajobrazy, fragmenty świata.




Podobała mi się ta wystawa, bo można puścić wodze wyobraźni i interpretować jak się chce.
 Były jeszcze rysunki Andrzeja Wajdy z jego podróży do Japonii, ale to już kiedy indziej.
Mam jeszcze jedna uwagę: są jeszcze ferie w szkołach, dzieciakom w deszczowy dzień organizuje się kulturalne rozrywki, tylko czy te akurat wystawy nadają się dla uczniów z wczesnej podstawówki?
Maluchy były wyraźnie znudzone.

sobota, 1 lutego 2020

Śladem murali

Jest strona w internecie, na której pokazują nowe, albo mniej znane murale. Bardzo przydatna bo nie jestem zdana na przypadek i wiem gdzie szukać, zwłaszcza że samo zdjęcie mi nie wystarcza muszę zobaczyć i sama uwiecznić.
Nareszcie wywiało paskudę, postanowiłam iść na krótki spacer, ale.....no cóż, decyzję podjęłam po wyjściu z domu, skręciłam na pętlę  i po godzinie jazdy wylądowałam po drugiej stronie miasta. Byłam w tej okolicy chyba 20 lat temu i oczywiście nie poznałam. Z jednego osiedla zrobiło się kilka i powstała okazała pętla tramwajowa. Wymyśliłam sobie, że znajdę mural, a potem wrócę na piechotę do miejsca gdzie namalowano nowe ptaszki. Będzie spacerowa inauguracja lutego.


Mural na który polowałam, powstał podobno zainspirowany Wyspiańskim.


Na tym wiadukcie skręca tramwaj.
Wyruszyłam w drogę powrotną, ciekawe, że jak jechałam tramwajem wydawało mi się strasznie daleko, a do miejsca gdzie były następne murale było niespełna 4 kilometry. Niestety z moją orientacją w terenie coś się popsuło, bo pomyliłam osiedla. Te ciągnące się kilometrami blokowiska, jednakowe budynki, podobne Żabki i place zabaw trochę mnie zmyliły.  


Jednak znalazłam żołnę i

  
kraskę. Widziałam w lecie jak ten mural powstawał.


Krajobraz w tamtych stronach mało ciekawy, zabawiłam się robiąc zdjęcia przez szybę na przystanku.





Na ten mural polowałam od dłuższego czasu, wiedziałam gdzie jest, ale albo nie miałam aparatu, albo poszłam w przeciwną stronę. Mieści się na jednym z budynków AGH i jest dość stary.
Nowy mural na budynku należącym do Muzeum Narodowego okazał się niedostępny, bo bardzo daleko i nie mam pojęcia czy coś tam jeździ. Miejsce nietypowe, dostępne tylko w soboty, może w lecie się uda, chyba warto, bo ze zdjęć widać, że ładny. 

 Na zakończenie jak zwykle prezent dla Opakowanej, całkiem świeża kałuża pod osiedlowym sklepem.




niedziela, 26 stycznia 2020

Znów muzeum.

Gdzie te czasy kiedy pisałam co trzy dni, statystyk nie sprawdzam, ale  komentujących było więcej. Z pierwszych zostało chyba tylko dwie osoby. Wygląda na to, że się blogowo wypaliłam, bo tematów mi brakuje, spacery w smogu i zimnie nie mają sensu, o duchowych rozterkach i głupich myślach pisać nie będę.
Mijałam kiedyś na Floriańskiej, niepozorne drzwi prowadzące do Muzeum Farmacji, nie miałam czasu, kiedy się wybrałam, nie doczytałam godzin otwarcia i pocałowałam klamkę. Potem zapomniałam. Trzeba było przyjazdu Gości żeby pójść i to oni mnie zabrali, a nie ja ich.
Na pewno warto je odwiedzić. Założone w 1946 roku, od lat osiemdziesiątych mieści się w  odremontowanej kamienicy z XV wieku. Zajmuje pomieszczenia od piwnic po strych.

Zdjęcie z internetu, wejście do muzeum.



W piwnicach przechowywano wosk, oleje i inne ingrediencje, którym mgło szkodzić światło i wysoka temperatura.




Piękna klatka schodowa prowadzi na poszczególne piętra.



Półki i słoje, szufladki i pojemniki, moździerze różnej wielkości.


Na oknie śliczna butelka z....tajemniczą zawartością.


Podręczna szafka aptekarza.


Naczynia na płynne medykamenty.


Tego należało się spodziewać.


Był czas kiedy sproszkowane mumie traktowano jako panaceum na różne schorzenia.



Kiedyś sproszkowane leki pakowano w opłatki.


Na strychu królują zioła. Tu było najlepsze miejsce do suszenia.





Tu się kroiło, segregowało, przechowywało wysuszone liście, łodygi i kwiaty.


Czyż nie budziły zaufania wszelkie tajemnicze mikstury tak ładnie opakowane?


Dzisiaj wydłubujemy z folii i sreberka.
Przegapiłam sproszkowane karaluchy i muchy hiszpańskie. Może kiedyś nadrobię.


sobota, 18 stycznia 2020

Nie chce mi się

Gdzieś przeczytałam że komuś też się tak nie chciało, że nie chciało się nie chcieć, bardzo mam podobnie.
Nad miastem wisi od wczoraj szaro-bura czapa, wilgotna, deprymująca, dołująca, beznadziejna. Rano błysnęło na chwilę słońce, zanim zdążyłam zjeść śniadanie i nabrać ochoty do działania wróciło to paskudztwo. Nie dość, że brzydkie to jeszcze trujące. Po południu zaczęło opadać, bo chodniki zrobiły się mokre, ale nie padało. Światło trzeba świecić już od południa bo ciemno.
Leży więc na stole lista rzeczy do zrobienia i chichocze cichutko, bo mnie się nie chce. Nie mam ochoty wymyślać nowego wpisu i szperać w zdjęciach z muzeów, spacerów nie ma nowych bo się nie chce i nie ma sensu w taką pogodę.
Chciałam uzupełnić ptaszkowe murale, nie chciało mi się jechać na drugi koniec miasta.


Mural za drzewami, w cieniu, nijak było się ustawić do zdjęcia. Powstawał wtedy następny, pomyślałam, że wybiorę się w zimie, ale jakoś zeszło.


Niebo nie zawsze bure, ale te kolory też jakoś wyblakłe wyszły.


Cykl różnego rodzaju figurek nad bramami też mi się rozmył, bo albo nie miałam aparatu, albo już widziałam i w ogóle nie pamiętam, które pokazywałam. Nie chce mi się szukać.



Stoliki na zimę pochowane i oryginalnych w lecie nie widziałam, ten cykl też się skończył.


Pan Piotr niezawodny i tutaj wyjątkowo sam.


Tego zbioru nie pokazywałam, bo miałam do niego wymyślić historyjkę, ale na dobrych chęciach się skończyło.


Lustro bardzo ładnie wykrzywiło obraz.


Chmury,


też mi się zachciało robić zdjęcie o zmroku.


Nie mogę sobie przypomnieć gdzie to jest.
Na zakończenie muszę poszukać kałuży dla Opakowanej. Będzie z zapasów, bo ostatnio ładnych nie było.



Udało chociaż tyle. Może jeszcze posprzątam?