Mieszkam na obrzeżach miasta, mogę iść na spacer nie natrafiając na tłum, skorzystałam z okazji. Jednak nie jesteśmy narodem zdyscyplinowanym. W parku na ławkach niewiele osób, jakaś mama z wózkiem, dwóch panów na rowerach zaopatrzonych w różne dodatkowe udogodnienia z radyjkiem włącznie, ale niestety na placu zabaw sporo dzieciaków.
Ciężko dzieciarnię utrzymać w domu, kiedy taka piękna pogoda (jeszcze teraz kiedy to piszę 17 stopni), samej mi żal było, że nie mogę zabrać wnuczek, ale na litość, nie w takiej gromadzie.
Posiedziałam na ławce, wiatr wywiał paskudę, kwiatuszki kwitną, tylko tak jakoś ciężko się cieszyć bo przed nami wielka niewiadoma.
Fiołki już kwitną,
stokrotki od dawna,
nie pamiętam nazwy tych kwiatków,
ani tych też.
Szkoda, że w tej galerii już nowe rzeźby się nie pojawią,
owieczki Bronisława Chromego jednak nadal się pasą.
Pączki lada moment się zazielenią.
Stukało coś i szurało, widać było, że nowy domek jest poddawany dokładnym oględzinom od środka, niestety zanim nastawiłam ostrość, przyszły lokator wyfrunął błyskawicznie, nawet nie zdążyłam zobaczyć kim był.
Cała łąka żółciutka.
Wracałam wałami nad Rudawą, chętni do spacerów byli, ale niewiele, przeważnie mamy z maluchami na rowerkach. Komuś bardzo było gorąco i na dobre pożegnał się z zimą.
Wykorzystałam przypływ energii i posadziłam bratki na balkonie.
Poczułam w stopach te 7.98 kilometrów, ale trochę rozładowałam napięcie.
Po południu zaczęło się chmurzyć i słońce na czerwono zachodziło.
Ps. Chociaż jeden kwiatek pamiętałam jako tako, sprawdziłam sobie i te fioletowe malutkie kwiatuszki to kurdybanek.

