sobota, 3 grudnia 2016

Wykorzystanie codzienności


Zapowiedź tej wystawy czytałam juz jakiś czas temu, nie wybrałam się zaraz, potem zapomniałam. Kilka dni temu zostałam zaproszona na wspólne oglądanie, zawsze to milej, no i przyznaję się bez bicia, wygodny transport w taką pogodę też ma znaczenie. Pobłądziliśmy trochę, bo wszędzie tam zmiany ze względu na budowę estakady, nikt nie zadbał o drogowskazy w labiryncie uliczek i objazdów. 
Wystaw jak zwykle w tym muzeum kilka, obejrzelismy jedną, nie da się wszystkiego, ile można ogarnąć, wysiada precepcja.

DANIEL SPOERRI, jego prace chciałam obejrzeć, chociaż przyznaję, wcześniej  o nim nie słyszałam.
Posłużę się cytatem ze strony muzeum, który wyjaśnia istotę jego twórczości.




Miarę wybitności artysty stanowi odkrycie własnej metody „przerabiania świata”, takiej, która innym otwiera oczy na nieznane obszary symboliczności. Daniel Spoerri jest wielkim odkrywcą artystycznym. Jego główną inspiracją była „sztuka” kulinarna, czyli to, co człowiek je, na czym je, jak aranżuje scenę posiłku, co po sobie zostawia. Jego prace z cyklu Stoły-pułapki to wielkie wydarzenie w historii sztuki – dzieła, które równocześnie są dowcipne, ironiczne, nostalgiczne, a na dodatek zawierają w sobie nutę egzystencjalnego cierpienia związanego z przemijaniem.





Na różnych targach staroci w Wiedniu Spoerri wybierał stoły handlarzy lub kolekcjonerów, które były dla niego szczególnie interesujące, kupował całość „kompozycji” i następnie ją utrwalał. Powstawały szczątkowe dokumenty czyjegoś życia. 

Wędrówka śladem utrwalonych posiłków-wydarzeń była całkiem interesująca. Można było wyobrazić sobie siedzących przy stole biesiadników, ich zachowanie, rozmowy, okazję która zgomadziła ich przy posiłku, snuć opowieści.


Poranna herbatka dla dwojga , a może popołudniowa z lekkim posiłkiem?



Tutaj zasiadły do stołu cztery osoby, chyba im smakowało.


Po posiłku można zapalić, chociaż popielniczka z petami smakowicie nie wygląda.


Okazja suto podlana winem, nie objęłam aparatem ale to były dwa zsunięte stoły. Udało  się czy nie?


Zjedzone wszystko, albo byli głodni, albo takie pyszne.
Moja uwagę przykuła też ładna zastawa i kwiatki w flakonikach.
"TO ZOSTAJE"
Cykl prac, które powstały ze zdobywanych na pchlich targach przedmiotów. Uwiecznione całe stoiska,  cykle przedmiotów skomponowane w obraz. My też wędrujemy czasem po takich miejscach, polując na ciekawe przedmioty z historią lub takie, których już dzisiaj nikt nie robi. Kiedyś ktoś tego używał, co pozostanie po nas?








Takiego radełka używała jeszcze moja mama, gdzieś zginęło. Serwetka też piękna.
Spotkałam się w niejednym domu z haftowaną makatką, na której była stosowna sentencja i scenka.
Artysta zbierał takie makatki  i komponował na nowo. Wycinał fragmenty napisów i naszywał w innej kombinacji. Nabierały nowego znaczenia.



Niektóre były nawet zabawne, teraz widzę, że zdjęcia zrobiłam byle jak, ale były tam jeszcze warsztaty, pogadaliśmy chwilę z prowadzącymi i zrobiło się późno.
Może pomysły artysty są kontrowersyjne, mnie się wystawa podobała.




wtorek, 29 listopada 2016

Pożegnanie listopada

Listopad....nie lubię tego miesiąca, a ten był jakoś szczególnie przykry.
Miesiąc wspomnień i bolesnej rocznicy, brzydkiej pogody i beznadziei, smutków, których źródła trudno dociec, (albo lepiej tego nie robić), szarości, krótkich dni, pustych wieczorów.
Ratowałam się wędrówkami, o ile pogoda sprzyjała jako tako, kontakt z rodzinką zawsze miał moc rozjaśniającą, jednak wcale mi nie żal że się kończy.
Zebrałam kilka listopadowych migawek ze spacerów, których nie opisałam bo nie bardzo pisanie szło, nie umiem ubierać w słowa uczuć, smutków i radości, refleksji i przemysleń, pisać tak żeby zachwycać słowem.

Rocznica, niedługo po Zaduszkach, jeszcze chwilę temu stałam tam....


Ścieżka na tyłach zabudowań i ogródków działkowych,


zarośla, zagajniki,


ktoś hoduje gołębie,


kto by pomyślał, że w mieście jestem.



Jednak jest, nowohuckie osiedle Mistrzejowice,


na chwilę rożświetlone słońcem.


Pozostałości po świętowaniu Niepodległości.


Żeby nie było minorowo, to miłe chwile też były. Spotkanie z koleżankami ze studiów w Jamie Michalika.


Deszcz umył jagody,


zmoczył ostatnie pożółkłe liscie.





Listopadowe pąki  pnączy,


krater na parkowej alejce,


pusty plac targowy z krzesłem na uwięzi,


moknące w deszczu alejki.


Listopad to też malownicze zachody słońca, poranne mgły, których nie zdążyłam sfotografować,





nadzieja na jaśniejsze dni, telefon, którego się nie spodziewałam, pierwszy śnieg,
zakupy, bo miłe dni na początku grudnia. 
Mimo melancholii jesiennej i tak dość szybko minął co mu należy zapisać na plus.

piątek, 25 listopada 2016

Tragiczny koniec chusteczki i siekiera.

Miała wnuczka śliczną, bawełnianą chusteczkę w kwiatki. Bardzo ją lubiła i nosiła chętnie w przeciwieństwie do szaliczków. Niestety ja do owej chusteczki miałam wyjątkowego pecha. Kiedyś na spacerze w lesie chusteczka się odwiązała i wypadła nie wadomo kiedy, zorientowałam się dopiero w domu. Cóż było robić, trzeba jeszcze raz przebiec trasę, na szczęście się znalazła. Plusem zdarzenia było spalenie kilku kalorii. Jeszcze kilka razy się odwiążała co zostało zauważone w porę.
Natomiast w ubiegłą środę nastapiło tragiczne wydarzenie. Wysiadłam z wnuczką z tramwaju, przeszłam na drugą stronę torowiska, kiedy zauważyłam gwałtowne machanie sprzedawczyni z jarzyniaka. Pokazywała coś za moimi plecami, ale nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Kiedy odwróciłam się po raz drugi zauważyłam że szynach tramwajowych leży chusteczka.....Niestety nie zdążyłam jej zabrać. Stałyśmy z wnuczką jak wmurowane, patrząc bezsilnie na wielkie cielsko tramwaju przetaczające się po chusteczce, w pewnym momencie owijając ją wokół koła. Wreszcie tramwaj przejechał, na torze została sponiewierana szmatka w kwiatki.


Zabrałyśmy ją ze sobą, ale  małej smutno było i widziałam , że dzielnie walczy z łzami.
Na szczęście w domu kawałek czekoladki rozproszył zły humor, a babcia kupiła nową chusteczkę w motylki.
Co ma do tego siekiera? Nic, bo o siekierze jest inna historyjka. Zawsze mam kłopot z prezentem dla zięcia i nie tylko ja. Nie ma zachcianek, ile razy można kupować książki, których potem nie zdąży przeczytać, bielizny nie wypada. ciuchy na ogół kupuje sobie sam.
Wymyśliłam rękawice robocze, bo przy remoncie wiejskiego domu na pewno się przydadzą, tymczasem zięć dał głos i wymyślił....prosi Mikołaja o....siekierę!
Nawet nazwę firmy podał. Bardzo się ucieszyłam i natychmiast postanowiłam zamówienie zrealizować.
Do Castoramy nie mam daleko, podjechałam 3 przystanki autobusem bo nie chciało mi się iść na piechotę po ciemku i poszukałam działu z odpowiednim sprzętem. Popatrzyłam, a tam siekier kilka rodzajów i rozmiarów, postanowiłam przyjrzeć się z bliska. Wisiały dość wysoko, ale udało się sięgnąć, złapałam za największą, przekręciłam, wysunęłam z uchwytu i....jak nie łomotnie! Okazało się draństwo tak ciężkie, że nie utrzymałam i walnęłam o półkę niżej gdzie leżały drewniane styliska do zwyczajnych siekier. Okazało się, że ta arystokratka sporo waży. Dobrze, że nie zlecial się personel.  Na dalsze oględziny już poprosiłam o pomoc, pan wybrał mi mniejszą z bonusem w postaci nożyczek, dokupiłam jeszcze rękawice, portfel przy kasie schudł mocno, ale podzielimy sie kosztami z córką.


Wzięłam siekierę pod pachę i powędrowałam jeszcze do pobliskiej galerii zobaczyć jak wygląda czarny piątek, Ludzi nawet niewiele, a przeceny takie sobie 20%, pozimowe bywaja większe. Przeszłam sobie przez galerię, siekierą nie wymachiwałam bo jednak lekka nie jest, widziałam kilka męskich spojrzeń, ale najwidoczniej oceniali sprzęt nie mnie. Niestety na mój urok osobisty już nie mam co liczyć, muszę pomagać sobie siekierą.

wtorek, 22 listopada 2016

"Kobieta w polu widzenia"

Myślałam i myślałam nad tytułem, już mi się wydawało, że jakiś będzie dobry i kończy się na tym że wstawiam tytuł wystawy.
Jest okazja, by obejrzeć w Krakowie zestawionych dwóch wielkich artystów, bo to nie byle kto, Rodin i Dunikowski. Wystawa jest tematyczna, obejmuje rzeźby przedstawiające kobiety, niewatpliwą fascynację obu artystów kobiecą urodą, pięknem ciała, osobowoscią.
Wprawdzie przewijające się przez życie panów kobiety nie były szczęśliwe, chociaż utalentowane, nie mogły w pełni rozwinąć swojej sztuki, to jednak pozostały w dziełach obu rzeżbiarzy.
Wystawę otwierają dwie głowy  artystów wyrzeźbione przez kobiety.


Xawery Dunikowski rzeźba Sary Lipskiej



Rodin, rzeźba Camille Claudel
 Potem juz można porównywać, oglądać, podziwiać. Widać początkową fascynację sztuką Rodina u Dunikowskiego, potem rzeźby już bardziej się różnią spojrzeniem artystów na kobietę.


"Ewa" Dunikowskiego i 


"Ewa" Rodina.






Podobały mi się te trzy "Kobiety brzemienne" Dunikowskiego.



Rodin "Adam i Ewa"


Rodin, "Danaida" 




Głowa Sary Dunikowskiego.

Obejrzałam wystawę z przyjemnością, bardziej do mnie przemawia Rodin, może dlatego, że jego kobiety są bardziej delikatnę....nie wiem, nie umiem pisać o odczuciach ładnie i naukowo.
Na koniec autoportrety samych artystów ze znamiennym tytułem towarzyszącym ekspozycji "Ja,
  Narcyz".
Niestety Rodina przedstawionego w dostojnej pozie akademika nie dało się sfotografować, Dunikowski namalował siebie tak:


Dostojnie i z samouwielbieniem.
Na zakończenie tytuł recenzji wystawy, pióra Magdy Huzarskiej-Szumiec:

"Oni krzywdzili kobiety, ale tak pięknie je rzeźbili"