poniedziałek, 9 września 2019

Pech

a może raczej, jak nie realizować zachcianek, bo marzeniem bym tego nie nazwała, zbyt prozaiczne. Od paru lat miałam ochotę wybrać się do Alwernii małego miasteczka niedaleko Krakowa. Byłam tam kiedyś i bardzo mi się podobało, chciałam jeszcze raz zobaczyć.
Wybierałam się jak sójka za morze, odkładałam, myślałam, że kogoś namówię, żeby ze mną pojechał i tak zleciało. W piątek postanowiłam zebrać się w sobie i jednak pojechać. Sprawdziłam busy, zajrzałam do przewodnika i......zaczęły się schody. 
Nie należy odkładać wyjazdu do czasu aż się pogoda popsuje, trzeba sprawdzać rozkład jazdy dokładniej, jednak przyjrzeć się mapie uważniej.
Sobotnie zakupy zrobiłam, wybrałam się na dworzec i nigdzie busa znaleźć nie mogłam, ani na rozkładzie nazwy miasteczka. Postanowiłam już, że nie pojadę ale jeszcze zapytałam w informacji. Okazało się, że jest i odjeżdża za 5 minut. Wsiadłam cała zadowolona, nie bacząc że na niebie czarne chmury i już prawie 13-ta. Jedzie się krótko, co tam, mam czas.
Okazało się że wysiąść trzeba przy drodze przelotowej, z której do centrum prawie dwa kilometry.
Chłodny wiatr wieje, na przystanku powrotnym rozkład jazdy całkiem inny, busy jeżdżą często, ale w dni powszednie, mam powrotny za dwie i pół godziny, powinnam zdążyć. 
Ruszam w drogę.
Założycielem Alwerni był Krzysztof Korycińskiherbu Topórkasztelan wojnicki, właściciel Poręby Żegoty. Pielgrzymując do Włoch, zwiedzał tam różne miejsca święte, między innymi był w Asyżu, skąd udał się do pustelni włoskiej, zwanej Alverno nad rzeką Arno w Toskanii. Przypatrując się tej pustelni franciszkańskiej i jej górzystej okolicy, Koryciński zauważył, że okolica ta przypomina krajobrazem jego dobra. Wróciwszy do Poręby w 1616 r. podarował bernardynom zalesioną górę Podskale w zachodniej części wsi Poręba Żegoty. Na tym wzgórzu Koryciński postanowił ufundować klasztor i kościół, wzorowany na włoskiej pustelni.

Pełna jednak optymizmu, bo na moment wyjrzało słońce, wyjęłam aparat, chciałam zrobić zdjęcie przydrożnej chałupki i klops. Zepsuł się, nie wiem co mu się stało.
Zdjęć tylko kilka, marnych, bo robionych komórką.


Pechowa chałupka, która wykończyła aparat.


Pamiętałam ten śliczny rynek z ładnym parkiem w centrum,


wokół zabytkowe domy i


stara kapliczka, niestety zamknięta.



Chmur coraz więcej, robi się ponuro, a moja komórka nie lubi robić zdjęć bez światła.


Stare piękne drzewa,


studnia i tyle. Zrobiło się późno, nie było sensu zwiedzać dalej, zgłodniałam a wokół nie widać nawet cukierni, pusto i robi się chłodno.
Trzeba wrócić, na przystanku niedaleko rozsiadła się Biedronka, kupiłam sobie drożdżówkę, z której mi wykapała na bluzkę marmolada jabłkowa. 
Bus przyjechał opóźniony, wróciłam do domu zawiedziona i wściekła.
Na razie wyleczyłam się z takich spontanicznych wyjazdów....do czasu. A Alwerni nie daruję bo jest tam bardzo ładny zespół klasztorny i interesujące Muzeum Pożarnictwa.

czwartek, 5 września 2019

Zmiany

Pamiętam tekst wałkowany w szkole:  "Tu zaszła zmiana" Marii Dąbrowskiej. Opis zmieniającego się widoku za oknem pisarki, z tego samego punktu obserwacji zmiana pór roku, dni i lat, tragedie i wielkie wydarzenia, oraz małe codzienności. Lubiłam ten opis i do dziś pamiętam.
Nie lubię zmian, chociaż z czasem trzeba je zaakceptować, ale coraz mi trudniej, Niestety są nieuniknione, czas nie stoi w miejscu, że tak powiem bardzo banalnie.
Skończył się sierpień, męczące upały też i przyszło zmierzyć się z nowymi "wyzwaniami".
Dziewczynki nagle awansowały na uczennicę i przedszkolankę, zmieniła się marszruta odbierania, trzeba ją dograć i jakoś ogarnąć.

Remont dobiega końca, nowa ulica wygląda całkiem ładnie, zwłaszcza po chaosie spowodowanym robotami. Nie obyło się bez poślizgu a co za tym idzie nadal trzeba się tłuc niemiłosiernie zatłoczonym autobusem, bo młodzież dojeżdża.



Nie dokończyłam wczoraj, okazało się, że nie mam zdjęć, dzisiaj następna zmiana, bardzo niemiła. Zlikwidowano zakład fryzjerski,  pani do której chodziłam od lat i się zaprzyjaźniłam, wyjechała i nie wróci. Zawsze byłam zadowolona, solidna i fachowa osoba, gdzie mi teraz szukać dobrej, nie bardzo mam ochotę na eksperymenty.
Idzie mi pisanie jak z kamienia, już wieczór, a nie mam pomysłu co dalej. Chyba skończę, bo o późnoletniej melancholii kryjącej już w zakamarkach duszy lepiej nie pisać.
Wieczór był wczoraj piękny, na czystym niebie sierp księżyca, tylko już coraz wcześniej trzeba świecić światło.

Dzisiaj pogoda  była taka jaką lubię, słońce, parę malowniczych obłoków, optymalna temperatura. Na zakończenie dwa "lizaki"- cienie, dla odchodzącego lata.


czwartek, 29 sierpnia 2019

Ostatni sierpniowy

Zmęczyły mnie upały, nagłe zmiany pogody nie przynoszące wytchnienia, ale czy mnie cieszy schyłek lata? Chyba nie.
Już powietrze pachnie inaczej, dzień wyraźnie krótszy i to jest najsmutniejsze. Ciągle jeszcze nie zrealizowałam planu wędrówek, zanosi się na to, że znów nie zdążę.
Bo albo za gorąco, albo nie mam czasu, albo mi się nie chce, coś wypadnie niespodziewanie i tak mija dzień za dniem i znikają najlepsze okazje.
Trochę późnoletnich obrazków, chociaż i one jakieś takie niewyraźne.


Ten mural znalazłam przypadkiem, za nic aparat nie chciał objąć całości. Dziwna symbolika, nie wiem do czego nawiązuje.


Do muralowych ptaszków dołączył dzięcioł.


Kwiatki rozmaite jeszcze kwitną, małe


i większe, bardzo ładne.



To już bardzo jesienne, ale dekoracyjne,



Na Błoniach trochę nietypowy widoczek, bele jak po żniwach. Nie wiem co tam rosło.


Upał sprzyja małolatom, w parkowym baseniku można się potaplać w takiej kuli.


Dzieci mnie zabrały w upalną niedzielę na kąpielisko, posiedziałam mało wiele bo jednak było zbyt gorąco, a do wody nie mogłam wejść.


Upolowałam za to kaczkę.


Dzisiaj wyprawa na grób rodziców i mój ulubiony cmentarz.


Uzupełniłam kolekcję aniołów,


poprzednio przegapiłam parę figurek.


Za to natrafiłam na coś nowego, tego jeszcze nie widziałam. Na dużym grobowcu rodzinnym złoty anioł, (był pod światło i lepszego ujęcia nie zrobiłam)


za nim drugi w dziwnie zwycięskiej pozie.


Za aniołami, granitowym sercem, donicą z palmą, spory posążek Buddy,


Przed grobowcem dwie ogromne, bardzo dziwne rzeźby,


Było tam tego więcej, ale część w cieniu, a lampa popsuła zdjęcie.
Przyznaję, że trochę mnie to zaszokowało, bo w tym natłoku, nic nie było porządnie wyeksponowane, a różnorodność stylów porażała. 
Pobyt skończyłam kawką z przyjaciółką od czasów liceum i już trzeba było wracać.
Plon sierpnia nieduży, tylko 144 kilometry, jeszcze były dwie wystawy, ale to sobie zostawię na później.

piątek, 23 sierpnia 2019

Jeszcze jeden zamek...

Zamek w Dąbrowie leżącej nieco na zachód od Opola został wybudowany przez ród von Mettich-Tschetschau. Budowa pięknej renesansowej rezydencji trwała 2 lata, od 1615 roku.

W 1892 roku pałac zakupili Hochbergowie i w kolejnych latach Conrad Eduard von Hochberg przebudował zamek w stylu neorenesansowym, po czym zyskał on wygląd okazałego pałacu. Z poprzedniego zamku ostało się wówczas jedno skrzydło i wieża.

Prawdziwą wizytówką zamku w Dąbrowie na Opolszczyźnie zarówno w czasach historycznych, jak i obecnie, stały się oryginalne, skręcone kominy, niespotykane nigdzie indziej. To był ewenement w skali Europy. 
(Informacja ze strony internetowej)
Zostało nam trochę czasu, a że lubię zamki to zobaczyłam jeszcze jeden. Wprawdzie nie od środka, ale tyle musiało wystarczyć.

Przed bramą zamku kapliczka,


a w niej piękna figura św. Nepomucena.


Oryginalne kręcone kominy.





Baszta, pozostałość z pierwszej części zamku.


Piękny park ze starymi drzewami,


jeszcze jeden herb,


dziwnie niepasująca drewniana część,



obeszliśmy dookoła,



potem jeszcze spacer po parku, ale zdjęć nie robiłam, bo światło było zbyt kontrastowe, a kwiaty przekwitły.


Na zakończenie pięknego dnia obiadek w sympatycznej restauracji z "roślinnym" wystrojem i już musiałam wracać. Dziękuję mojej Gospodyni i Jej Znajomym z miłe chwile i serdeczne przyjęcie.

piątek, 16 sierpnia 2019

Nie mogę wymyślić tytułu...

Było już, że nareszcie się ruszyłam, było że narzekam, relacje wszelakie itp.
Tym razem jest wszystko co było i wiele więcej, bo wybierałam się jak sójka za morze, narzekałam sama przed sobą na wszystko, żeby się wytłumaczyć z braku działania, a że wreszcie pojechałam, czas na relację.
Dobrze jest pojechać i być mile widzianym, rozpieszczanym i ważnym gościem. Ma to też wady, bo żal wyjechać i ma się trochę wyrzutów sumienia, że tak mało daję z siebie....bo tych butelek wina mogłam przywieźć dwie.
Byłam w Opolu, gdzie zjadłam na wejściu pyszne naleśniki i z bólem serca musiałam odgonić wróbelka, który dobierał się do talerza koleżanki,


Musiałam zdążyć zanim się ruszy,


opolska kolorowa lama-elegantka.


Wesołe graffiti nad Odrą,



piękne miejsce, na odpoczynek, pogawędkę,


podziwianie otoczenia  i 


wino.


Wieczorny spacer przez miasto i dwa księżyce.


Rano po pysznym śniadanku i kawie w miłym towarzystwie, zamek w Niemodlinie.


Nepomucen przez zamkiem,


w parku piękne stare drzewa


i daniele.


W środku pozostałości po dawnych malowidłach,


a także po scenografii do filmu "Jasminum", który tu powstawał,


dziedziniec,


od innej strony,


kaplica zamkowa,



wystawa ikon,


podziemia z szczątkami dawnych właścicieli,


"sala tortur", jako dodatkowa atrakcja turystyczna bo autentyzmu w tym niewiele,( bo właściwie po co?) 


Winiarnia ma tutaj kiedyś być, na razie jest dekoracja z pustych beczek.
Czas niestety płynął nieubłaganie, chcieliśmy jeszcze coś zobaczyć, trzeba było ruszać dalej, ale o tym kiedy indziej.