sobota, 18 maja 2019

Minimalistycznie

zaliczyłam dzisiaj XXI Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego.
Częściowo przez gapiostwo, częściowo przez zwykłe lenistwo. Bo przeoczyłam rezerwację (przy okazji zwalę to na umykający w zawrotnym tempie czas, zawsze mi się zdaje, że to jeszcze nie teraz, że zdążę...) i nie chciało mi się wpisywać na listy rezerwowe i czekać, a nuż się uda. Zobaczyłam te małe wycinki, które można było bez rezerwacji.
Tegoroczne Dni pod znakiem zagadek, tajemnic czyli "z dreszczykiem" . Czułam tylko nieprzyjemny dreszczyk spowodowany wewnętrznym głosem mówiącym: żałuj leniu i gapo, już nic nie zobaczysz.

Zaczęłam od  Pałacu Potockich przy Rynku.


Zdjęcie ściągnięte z internetu, nie dałabym rady zrobić takiego. 
 Kamienica występuje w przewodniku także jako Pałac Zborowskich z 1540 roku, w ogóle to przechodziła z rąk do rąk i każdy dokładał swoją cegiełkę do wyglądu, była przecież własnością nie byle jakich rodów, bo jeszcze Wiśniowieckich, Jabłonowskich, Radziwiłłów.



Sień z której można było przejść na dziedziniec,


albo schodami na piętro.


Nad ścianie gobelin ładny sufit,



okna na dziedziniec.

Krużganki


wokół dziedzińca.


Zainteresowały mnie zdobiące hol portrety. Wyglądały jak portrety trumienne,

Ale jak się przyjrzałam bliżej....



Okazało się, że to wystawa, kształt owszem jak wiadome portrety, tylko na nich zgrabnie przebrane osoby.
Obecnie w pałacu mieści się Instytut Goethego
Reszty pałacu nie zwiedziłam, poszłam dalej. Prześlizgnęłam się przez niemiłosiernie zatłoczony Rynek żeby zaliczyć następny niedostępny na co dzień budynek.
Pałac Pusłowskich


 Został zbudowany  w roku 1886 w formie renesansowej willi w ogrodzie dla hrabiego Zygmunta Pusłowskiego.  Siedziba należała do rodziny niemal przez stulecie. Zgromadzono tam kolekcję malarstwa, rzeźby, zegarów, bogatą bibliotekę. Hrabia brał czynny udział w życiu publicznym, gościł w swoich progach wiele znakomitości.


Willa została przekazana Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, mieści się tam teraz Instytut Muzykologii. Większość zbiorów przetrwała.


Tutaj też musiałam się zadowolić tylko westybulem,



widokiem pięknej klatki schodowej


ozdobionej rzeźbami.


Dziedziniec z oficynami.




Piwnice.




Oficyny pięknie wyremontowane.



Obok tył kamienicy i już inne podwórko.


Piękny ogród z starodrzewem i mnóstwem stokrotek, jeszcze tyle nie widziałam.


Wystawa obrazująca dzieje rodziny. było kilka wzmianek o tajemnicach, ale bardzo niedokładnych.


Poczytam sobie, bo można było zaopatrzyć się w książkę Gai Grzegorzewskiej pt "Z dreszczykiem". Zebrała w niej opowieści o dostępnych w czasie dni miejscach i dziwnych historiach o nich
 opowiadanych.


 Niestety do Iwkowej czy Czchowa raczej nie miałam jak się dostać. Może w przyszłym tygodniu się uda, jak znów nie przegapię rezerwacji.


W drodze powrotnej chwila wytchnienia w Parku Krakowskim.


sobota, 11 maja 2019

Matura

Wcale nie miało być o maturze, tylko o Festiwalu Otwartych Mieszkań. Niestety przegapiłam rejestrację, która odbywa się w taki zawrotny sposób, że zanim otworzę stronę, miejsc już nie ma.
Miejsca bez rejestracji widziałam w zeszłym roku, zrezygnowałam.
Maturę mam na bieżąco, bo zdaje  mój wnuk. Perypetie z alarmem bombowym, rozciągnięcie w czasie kolejnych etapów, chcąc nie chcąc przypomniały mi moją własną maturę. Minęło tyle lat, że tematów już nie pamiętam, ale atmosferę tamtych dni dobrze.
Pozwolę sobie powspominać.
Nie był to dobry rok. Najpierw sroga zima,mrozy trzymające od stycznia dokuczały mocno. Klasy w starym zabytkowym budynku, opalane piecami kaflowymi, nie trzymały ciepła. Przyczyniałyśmy się do tego wietrząc zapamiętale, żeby skrócić lekcje. Skończyło się na tym, że zawieszono zajęcia w szkołach, a matury zostały przesunięte na połowę maja. W kwietniu umarł tata, więc nauka nie bardzo mi szła, ale jakoś trzeba było się wziąć w garść.


Pisało się wtedy polski i matematykę, a że orłem nie byłam to na zwolnienie z ustnego nie miałam szans. Bo trzeba było mieć w ciągu roku piątki i napisać na pięć. Gdybym się wcześniej zmobilizowała może z polskiego by się udało, bo o matematyce nie było co marzyć.
Jakoś napisałam jedno i drugie, potem czekałam całe dwa tygodnie na ustną część. System był wtedy inny, ustną zdawało się w jeden dzień. Grupa delikwentów przychodziła o ósmej rano i po kolei była wzywana przed szanowną komisję. Zdawałam polski, matematykę, historię, wos i jako dodatkowy rosyjski. Wchodziło się na salę. losowało pytanie, siadało na chwilę, żeby się przygotować i odpowiadało. I tak pięć razy.Dodatkowym stresem był tak zwany czynnik społeczny ze strony kuratorium, który się przypałętał w połowie egzaminów. Jak już wymaglowano wszystkich, po naradzie, wzywano przed oblicze komisji i tam obwieszczano koniec tortur i zdaną maturę. (chyba, że ktoś nie zdał).
Akurat mama nie wytrzymała nerwowo i przyszła zobaczyć jak mi idzie, nie musiałam więc jej zawiadamiać, bo już wiedziała, że zdałam.
Dla uczczenia faktu, poszłam sobie do kina bo ostatni dzień grali "Moderato Cantabile" z Belmondem. Bardzo chciałam ten film zobaczyć, już nie pamiętam dlaczego. Podobał mi się, ale do optymistycznych nie należał.
Na bal maturalny nie poszłam, wtedy studniówki były bardzo skromne, a dopiero po maturze był "dorosły", cywilny bal.
Uff, to sobie powspominałam, kasztanowce kwitną jak należy, a wtedy już przekwitały.
W lipcu (albo pod koniec czerwca, nie pamiętam dokładnie) zaczynał się następny etap, egzaminy na studia, ale to już inna historia.

niedziela, 5 maja 2019

Sobota z B&G

Padało, nie udało się jedno spotkanie, zignorowałyśmy prognozy i mogłam się spotkać B&G.
Na miejscu, czyli w Niepołomicach bo przez remonty musiały by Dziewczyny na mnie długo czekać,  a tłuc się samochodem przez zakorkowany Kraków  nie ma sensu, dojechałam busem.
Byłam w Niepołomicach wieki temu, chętnie znów obejrzałam miasteczko, zajrzałyśmy na zamek, pocałowały klamkę zamkniętego skansenu i wróciły do domu.
Kilka fotek, ładniejsze będą http://i-tu-i-tam.blogspot.com/ tutaj, niech tylko autorka zda relację.


Zaczęłyśmy spotkanie od kawki i ciacha w kawiarni przy rynku.


Ładne wnętrze, my wolałyśmy stolik na powietrzu, słonko przygrzewało.


Kamieniczki wokół rynku,


balkonik na podwórku.


Ładny kościół z zewnątrz i


w środku.


boczna kaplica


z pięknym sklepieniem.


W pobliskiej kwiaciarni i sklepie z różnościami zachwycił nas ten anioł-emeryt.


Mnie się jeszcze podobały szklane koty.


Maj w rozkwicie, tylko w naturze błękit, zieleń i żółty tworzą taki miły dla oka obrazek.


Kiedyś na tym dziedzińcu królowały rzeźby Chromego,


teraz zasiadła Stańczyk


i Dama.


Można posiedzieć w restauracji,


podziwiać piękne drzewo 


i kaczki w parku. 
Jak już zobaczyłyśmy co było do zobaczenia, wróciłyśmy do


pachnącego bzem ogrodu i 


tonącego w kwiatach domu Barbary.


Był obiadek, kawa  w pięknych filiżankach i


kotek  Błyskotek, który


bez skrępowania zrobił dokładną toaletę w naszym towarzystwie, potem łaskawie posiedział u mnie na kolanach.


Czas minął zbyt szybko, musiałam wrócić do domu, miło spędziłam dzień i myślę, że jeszcze kiedyś się uda znów takie spotkanie.