niedziela, 25 września 2016

"Czy mnie jeszcze pamiętasz?"

Słowa piosenki zasłyszane dzisiaj coś mi przypomniały.
Trzy lata temu byłam na zjeździe jubileuoszowym naszej klasy z liceum. Opisałam to wydarzenie, ale nie pamiętam kiedy (podobne 20 IX 2014) więc nie będę wracać.

W każdym razie starsze panie zasiadły w ławkach na swoich miejscach i nie było wątpliwości gdzie która siedziała, pamiętałyśmy.


Postanowiłyśmy wtedy, że będziemy sie spotykać co rok, bo lata lecą i nie ma co czekać na następną okrągłą rocznicę. W ubiegłym roku nie byłam, w tym się zmobilizowałam i tydzień temu pojechałam. Tym razem nie było problemów z rozpoznaniem, bo na tamtym jubileuszowym ciężko to przeżyłam, nie poznając i nie będąc rozpoznana.
Dlaczego o tym piszę? Bo po raz kolejny  przekonałam się jak pamięć ludzka jest zawodna. Te same wydarzenia pamiętamy zupełnie różnie, wspominam sytuacje, których ktoś nie zarejestrował lub przeżył całkiem inaczej.
Byłyśmy w zasadzie zgraną klasą, jednak od początku był pewien podział, ponieważ dwie najsilniejsze liczbowo grupy pochodziły z dwóch podstawówek (było nas w klasie 40).  Tym razem wspominałyśmy nasze szkoły podstawowe i tu było kilka rozbieżności. Zastanawiam się nad jednym, nigdy nie zapytałam JAK mnie pamietają. Gadało się o tym i owym, wspominało figle i nauczycieli, ale częściej sytuacje, a jeśli osoby to te, z którymi nie udało sie nawiązać kontaktu.


Pogaduchy przy stole, tym razem było nas mało.


To stare zdjęcie jeszcze z podstawówki, na jakiejś wycieczce.


A to juz licealna i jakoś nie mogę sobie przypomnieć gdzie to było. Może ktoś by pamiętał? Trzeba było zabrać na spotkanie, nie pomyślałam. Mam mało zdjęć z tego okresu, a szkoda.


Ups....wkleiłam z rozpędu, ale to już studia, W szkole byłam grzeczną dziewczynką i pierwszego papierosa zapaliłam dopiero po maturze, gdy miałam prawie 18 lat.
I tak to mi się na wspominki zebrało, bo jesień, czas mija, więc jeszcze na koniec niezawodna Pawlikowska-Jasnorzewska

"Brzozy są jak złote wodotryski.
Zimno jest jak w ostatnim liście.
A słońce jest jak ktoś bliski,
który ziębnie i odchodzi. Lecą liście..."

Trochę melancholijne zakończenie, ale już nie chcę ciagle pisać o wystawach. A mam jeszcze w zanadrzu dwie obejrzane i będą następne....



wtorek, 20 września 2016

Jeszcze raz....

Nie jestem krytykiem sztuki, właściwie to się nawet nie znam, ale lubię oglądać nie tylko uznanych mistrzów, ale też awangardę i wystawy z pogranicza sztuki.
Pewne fragmenty tego co pokażę wpisują się w dyskusję o granicy tego, co nazywamy sztuką.


Już sam tytuł wystawy daje do myślenia, a obejmuje projekty ilustratorów młodego pokolenia, prezentując je w dialogu z wciąż inspirującą współczesnych twórców tradycją polskiej szkoły ilustracji.


Pamiętam doskonale z dawnego "Przekroju" ilustracje Adama Macedońskiego.
Współcześni ilustratorzy wykorzystują też nowoczesne techniki i nietypowe nośniki  przekazu.
Wystawa jest ciekawa, chociaż trudno przekazać jej całość bo jednym z elementów jest ruchomość ekspozycji. Autorzy wystawy mogą przesuwać gabloty i tworzyć nową jakość.
Nie tylko ja się zastanawiam co jest sztuką, a co jeszcze, albo już nie.





Tykający staroświecki projektor wyświetlajacy z przeźroczy w ramkach grafiki na ścianie.



To jest historyjka  zilustrowana za każdym razem inaczej. Tekst ten sam, rysunki inne.


Był też rysunkowy pamiętnik. Wybrałam kilka "zapisków"









Na koniec Druga, Ogólnopolska Wystawa Znaków Graficznych.
Pierwsza była w roku 1969 i było ich ponad trzysta.


Na obecnej znalazło się jeszcze drugie tyle. Świetnie się to ogląda i wyszukuje  znane i te których już nie ma, kawałek historii polskich przedsiębiorstw, wydawnictw itp.






Cała sala do zawrotu głowy i oczopląsu, można by tam siedzieć pół dnia, a ja się spieszyłam.


piątek, 16 września 2016

Sztuka, definicje i granice....

Miałam sobie darować, ale zainspirował mnie jeden z komentarzy.
Poczytałam tu i tam, okazuje się że temat nie do ogarnięcia w krótkim poście. Długi byłby nudny i nie mam ochoty na akademicką dysputę.
Niejednokrotnie zastanawiałam się czy niektóre z eksponatów na wystawie rzeźby czy malarstwa jeszcze do sztuki należą.

Spodobały mi się pochodzące z Wikipedii poniższe definicje. Jest ich tam całe mnóstwo, te nadają się do tego co chcę pokazać.



Definicja alternatywna[edytuj]

Opierająca się na formule alternatywnej "bądź-bądź"
Sztuka jest odtwarzaniem rzeczy, bądź konstruowaniem form, bądź wyrażaniem przeżyć – jeśli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, bądź wzruszać, bądź wstrząsać
Tatarkiewicz, W., Dzieje sześciu pojęć, Warszawa, PWN, 1988, s. 52

Nominatywna definicja sztuki[edytuj]

Cechą łączną dla wszystkich dzieł sztuki ma być intencja, z jaką dzieło zostało powołane do życia. Jeśli twórca wytwarza je z intencją stworzenia dzieła, to dany wytwór dziełem bezwzględnie jest. Koresponduje to z powiedzeniem Donalda Judda, że sztuką jest to, co się za sztukę uważa. Taka definicja z kolei uniemożliwia wartościowanie wytworów, podobnie jak w poprzednim przypadku, wszystko, co autor uzna za sztukę, musi nią zostać, bez względu na poziom, jaki reprezentuje.
Poza wystawą trzeciej odsłony Kantora były tam jeszcze prace Japończyka Ushio Shinohara.
Z okazji drugiego roku działalności Crikoteki odbył się performanse i powstał oryginalny "pobity obraz". Nie mogę na temat powstawania nic napisać bo nie widziałam (bardzo żałuję) ale dzieło widziałam, a sposób powstania na filmie.



Dlaczego "pobity"? Bo powstawał tak:


Tego samego autora była jeszcze rzeźba (?)


Pierwsze wrażenie: skupisko odpadów, ale jak się przyjrzeć to przecież coś zostało stworzone. Można pomyśleć, że nawet odpady moga być źródłem inspiracji. Często słyszałam takie opinie, że to przecież każdy potrafi. Tylko że nie kazdy wymyśli, że tak można.

"KIEDY ZNÓW BĘDĘ MAŁY"

to tytuł wystawy towarzyszącej.


Mural z portretem artystki, jednej z wielu. Przyznam, że wystawa wcale mi się nie podobała. Na wielkim stole wyeksponowano prace kilkunastu artystów, pochodzących z różnych krajów, przeważnie młodych.


Ekspozycja składała się z przedmiotów pochodzących ze świata zabawek i dziecinnych gadżetów. Przetworzone bardziej lub mniej, pomieszane, przenikające się jak świat dziecięcej wyobraźni. 



Chaotyczne, jakby dobrane przypadkowo, wcale do mnie nie przemawiały. Bo dorośli nie potrafią bawić się jak dzieci, spontanicznie i bez dorosłych skojarzeń.






Ten "teatrzyk" mi się podobał i


położona w głębi rzeźba Hasiora "Jelonek".
Można się więc zastanawiać, gdzie leży granica, ja myślę że jej nie ma, natomiast może ją stanowić zwykłe poczucie estetyki i zrozumienie dla pomysłowości artystów. 
O ekstremalnych poszukiwaniach nie będę pisać, bo o takich tylko czytałam i budziły moje obrzydzenie.



środa, 14 września 2016

Spotkanie z Kantorem po raz trzeci.

Cricoteka oferuje różne wydarzenia kulturalne, nawet zajęcia dla dzieci.
Głównym nurtem jest oczywiście twórczość Tadeusza Kantora.  Tym razem są to najważniejsze idee jego teatru.

Ścieżka następujących po sobie etapów twórczości Tadeusza Kantora to nie jedyny klucz do wystawy. Każda z odsłon została poświęcona innemu zagadnieniu, które zachęca do spojrzenia na twórczość artysty z nieco odmiennej perspektywy. Tym razem wystawę organizuje motyw marionety i manekina, odgrywający w sztuce Tadeusza Kantora niezwykle istotną rolę.



"Dzieci w wózku na śmieci" obiekt zaprojektowany przez Tadeusza Kantora i zrealizowany w latach 80 XX wieku w spektaklu "W małym dworku".


"Goplana i Elfy" rekonstrukcja obiektów ze spektaklu "Balladyna" w inscenizacji T Kantora wykonana w Cricotece w latach 1981-1984.


"Maszyna tortur" obiekt ze spektaklu "Kurka Wodna"
To połączone dwa wózki, mieszczące dwóch aktorów. Rozsuwały się stwarzając złudzenie rozciągania postaci. Tu dorobione manekiny.





"Umarła klasa" obiekt nawiązujący do spektaklu. Podobny został wystawiony w Paryżu (1983). Zamknięte wnętrze do którego zaglądamy przez okna.


Pręgierze ze spektaklu "Niech sczezną artyści" w sztuce do pręgierzy byli przywiązani artyści w pozach nawiązujących do figur z Ołtarza Zaśnięcia NMP w Kościele Mariackim.





Łóżko i manekin Wuja Józefa ze spektaklu "Wielopole, Wielopole", łózko jest obrotowe, w spektaklu pod spodem był aktor.




Trzecią odsłoną wystawy zachęcamy do namysłu nad obecnym w sztuce Tadeusza Kantora napięciem pomiędzy żywym aktorem a jego atrapą. W manekinie zakorzenione jest poczucie śmierci, ale jednocześnie umożliwia on jej przekroczenie. Zdaniem Kantora życie można wyrazić tylko poprzez jego brak, poprzez pustkę, atrapę. Mamy nadzieję, że prezentowane na wystawie prace odsłonią różnorodność – a często i pozorną sprzeczność – znaczeń zawartych w tak ważnej dla twórczości Tadeusza Kantora figurze marionety.
Moje oglądanie wystawy to przede wszystkim powrót do wrażeń, kiedy to jego teatr był czymś nowym, przejmującym, innym. Nie wiem jak bym dzisiaj odebrała spektakl, tak jak nie wiem czy przeżyła bym podobnie filmy nowej fali z lat 60.
Zmienia się nam punkt widzenia, to co było odkrywcze juz takie nie jest, niektóre treści straciły na aktualności inne nadal tak samo fascynują.
Wystawie towarzyszyła jeszcze jedna i praca japońskiego artysty. To jednak byłoby za dużo, bo sama nie wiem czy o tym pisać. Jak zwykle nasuwa sie pytanie gdzie kończy się sztuka a zaczyna....nie wiem jak to nazwać.
Teksty pochodzą ze strony internetowej, podpisy pod zdjęciami na podstawie omówień eksponatów z przewodnika po wystawie.

sobota, 10 września 2016

"MIĘDZY WODĄ A ZIEMIĄ"














Nie, nie fruwałam, ani się nie wspinałam, tylko poszłam zobaczyć niezwykłą wystawę.


W ramach wystawy "Między wodą a ziemią" rzeźby zainstalowano na przęsłach Kładki Ojca Bernatka. Popularnego w Krakowie miejsca, które łączy Kazimierz z Podgórzem. Kładka uchodzi za nieoficjalną, małopolską namiastkę Mostu dla Zakochanych, gdzie pozostawia się kłódki z inicjałami par. Dzięki balansującym rzeźbom nabierze całkiem nowego kontekstu. Mostu do innej rzeczywistości. 

Z daleka sprawiają wrażenia lekkich niczym piórka. Chwilami są poruszane przez wiatr, jakby chodziło o origami. Ale to pozory. Nad ziemią lewitują bowiem najprawdziwsze rzeźby. Czasem umocowane wyłącznie na jednym punkcie podparcia. Sztuka, która ma za nic grawitację. Jak to w ogóle możliwe?! Odpowiedź zna chyba tylko jedna osoba. Twórca całego zamieszania, którym jest wybitny częstochowski artysta Jerzy Kędziora. Jego balansujące rzeźby zachwycały przechodniów takich metropolii jak Berlin, Dubaj czy Miami. To ostatnie miasto proklamowało zresztą 27 lutego... dniem imienia rzeźbiarza. Tym większa radość z możliwości oglądania jego dzieł nad krakowską Wisłą. I to w dość nieoczekiwanej oprawie.
Tyle o wystawie na stronie internetowej

 Już z daleka było widać zawieszone na konstrukcji postacie. Na tele bezchmurnego, już jesiennie błękitnego nieba lekka drżą w łagodnych podmuchach wiatru...















Na zalończenie wielka kłódka. Wielka miłość czy megalomania?
Bardzo mi się wystawa podobała, jeszcze pewnie nie raz pójdę ją zobaczyć, w innym oświetleniu, porze dnia, może wyglądać jeszcze ciekawiej.
Coś sobie żle kliknęłam stąd zwirowania w kompozycji postu. Nie umiem tego naprawić.