środa, 22 marca 2017

Też o wiośnie....

Jak już przyszła to wypada powitać i coś napisać. Nie będę wyjątkiem, ale ogródka nie mam to kwiatków nie będzie, przeważającym ptasim trelem jest odgłos kłótni gawronów, czasem się przebije miłosne gruchanie gołębi.  Trawniki już straciły szaro-żółty kolor, wierzba woalkę zieloną wyciągnęła, a ja bym chciała napisać; "...tylko jedną taką wiosnę miałem (miałam) w życiu".
Wspomnienie czegoś wielkiego? Niezwykłego? Na miarę dziejów? Zależy jak na to popatrzeć.
Bo.....jakoś się nie zakochałam pierwszy raz na wiosnę, pierwszy raz...hmmm, też nie wiosenny, zmiana pracy też nie.
Z dzieciństwa pamiętam błotnistą ścieżkę do domu, która wysychała dopiero wtedy, jak już wszędzie dawno było sucho. Trzeba było nosić coś, czym można było wytrzeć zabłocone buty, bo jak to by wyglądało, wszędzie czysto, a ja po błocie.
Matury też nie zdawałam w maju, bo akurat wtedy była zima stulecia i opóźnili o trzy tygodnie.
Wydarzeniem  na miarę życiową (moją) było jak pierwszy raz zostałam mamą, kwiecień to był.


Już trochę córka podrośnięta.
Tu nastąpiła dłuuuga przerwa w pisaniu i straciłam wątek. Wszystkie dowcipne, wiosenne treści  uleciały, zapomniałam.które zdjęcia miałam wkleić. 
Bo wiosna to też była strata ojca, mamy ciężka praca w ogrodzie, kocie wrzaski, a potem skutki amorów, pozbywanie się ciężkich, zimowych ciuchów, pierwsze zaczerwienienie na nosie od słońca.
Była też wiosna w Krynicy, kiedy to w drugi dzień wydarzeń marcowych wyjeżdżałam na praktyki.
W przeddzień wyjazdu biegłam po bilet na dworzec, płacząc po gazie łzawiącym i z mokrymi plecami, bo akurat byłam pod uczelnią jak rozpędzali tłum studentów.
Krynicę wspominam mile, bo skracano nam godziny i pozwalano jechać na Górę Parkową złapać górska opaleniznę. Kiedy pogoda się popsuła, dzieła dokończyła kosmetyczka, zbytnio dozując kwarcówkę. Okłady były potrzebne na poparzoną twarz.
Zawsze zachwycały mnie kwitnące drzewa owocowe, u mam pięknie kwitła jabłoń.



Żółto zielone łąki zachwycają mnie zawsze.


Tegoroczna wiosna przychodzi powoli, jakoś we mnie nie budzi zachwytu, ot czekam żeby wreszcie pożegnać cieplejszą kurtkę, która jeszcze się przydaje i parasol, tak jak dzisiaj.


Płakała wiosna cały dzień.




piątek, 17 marca 2017

Reklama dźwignią handlu

Wszystko się zmienia, coraz trudniej nadążyć, zaakceptować, przeboleć straty, pogodzić się z faktem , że czas przyspiesza, pędzi, że odchodzi co znane, bliskie, do czego się przyzwyczaiłam.
Dlatego czasem lubię obejrzeć się, zatrzymać, zastanowić, chociaż weselej się od tego nie robi.
Po takim przydługim i trochę smętnym wstępie czas wyjaśnić tytuł wpisu.
W ramach podróży w czasie wybrałam się na wystawę pt "Kupując oczami. Reklama w przedwojennym Krakowie"
Reklama nie jest wynalazkiem naszych czasów, co doskonale obrazują zebrane eksponaty.


Największą siłę oddziaływania na potencjalnych klientów w minionych dziesięcioleciach miały ogłoszenia zwane niegdyś inseratami, drukowane w prasie, w księgach adresowych i informatorach, poza tym katalogi oraz cenniki wydawane przez przedsiębiorstwa. Na wystawie prezentowane są afisze, plakatów i wywieszki, jak również cała gama ulotek, druków firmowych, a nawet oznakowanego papieru pakunkowego. Zobaczyć można również całą paletę opakowań reklamowych, takich jak np. bombonierki po czekoladkach czy puszki po herbacie i kawie, a nawet upominki reklamowe opatrzone zastrzeżonym znakiem towarowym promującym firmę. 
(tekst ze strony muzeum)




Miejsce na reklamę w rozkładzie jazdy pociągów.


Bony towarowe i upominkowe.






Plakaty, dużo było też ulotek zachęcających do korzystania z gazu i elektryczności w gospodarstwach domowych.






Opakowania firmowe.





Już w 1922 roku Rada Miejska podjęła walkę o uporządkowanie i ujednolicenia zewnętrznego wyglądu ulic. Polecono usunąć drewniane "wiedeńskie" witryny, odsłonić oryginalny wygląd frontów kamienic.



Dużą wagę przywiązywano do kompozycji wystaw sklepów i magazynów. Niektóre firmy współpracowały z a plastykami, dbając o artystyczne kompozycje witryn.



Reklama w przestrzeni miejskiej też funkcjonowała.



Nie sposób opisać i pokazać wszystkich eksponatów. Żałowałam, że nie było dokładniejszych wskazówek, gdzie się poszczególne sklepy i wytworne magazyny znajdowały. Można by się wybrać ich śladem i zestawić zdjęcia.
Na zakończenie cytat autorstwa Jarosława Zielińskiego:
"Reklama jest piękna, gdy straci aktualność i przestanie śmieszyć" 

wtorek, 14 marca 2017

Sobota, trochę wspomnień.

Męczyło mnie to i męczyło, kiedyś jeździłam co miesiąc, potem co dwa, a teraz nie było mnie od listopada ubiegłego roku.
 Co rusz postanawiałam, że już pojadę i odkładałam wyjazd, a to z powodu pogody, zimy, innych planów, a w rzeczywistości chyba z lenistwa.
W ostatnią sobotę jednak wzięłam się w garść, sprawdziłam nowe połączenia kolejowe po remoncie i pojechałam. Pociąg przyjechał i dojechał punktualnie (!)


dworzec w Tarnowie po remoncie prezentuje się okazale.


Nie jadę autobusem, idę na piechotę, mijam znane ulice i zabytkowy kościółek,


moim celem jest cmentarz. Też stary, zabytkowy, pisałam już o nim, jednak coś mnie ciągnie dalej.


Za cmentarzem jest jeszcze jeden kościółek,


a za nim ulica Zamkowa. Prowadzi na Górę św. Marcina, zwaną popularnie Marcinką. Cel spacerów tarnowian od lat. Tam prowadziła jeszcze aleja, którą w niedziele ciągnęły całe rodziny. Celowo wybieram uliczkę, bo nie pamiętam kiedy ostatnio nią szłam.


Jeszcze stoją przy niej stare domki


z ganeczkami,


niektóre zaniedbane, inne odnowione.


Nie brakuje też współczesnych koszmarków.


Teraz spotyka mnie rozczarowanie. Całkiem zapomniałam o obwodnicy Tarnowa i zamiast dalszego ciągu uliczki , która prowadziła dalej, do podnóża Marcinki, natykam się na ekran akustyczny. Muszę dojść do kładki nad drogą, jestem już trochę zmęczona i wieje lodowaty wiatr.


Widok drogi z kładki. Zawzięłam się, chcę zrobić panoramę miasta z góry, idę dalej.


Wejście na basen, chodziłam tutaj z córkami, jakoś nam wtedy nie przeszkadzało, że daleko.


Plac zabaw, trochę inny od tego, który był tutaj kiedy byłam młoda mamą.


Za nami widać miejsce, gdzie właśnie buduje się basen.

Idę coraz wyżej, mijam restaurację, która powstała tutaj w latach osiemdziesiątych XX wieku i długo uchodziła za snobistyczne miejsce.
Wyszłam najwyżej jak się dało, ale jakoś miejsca, które pamiętałam nie znalazłam. Zaczynała się droga, drzewa zasłaniały widok i  o żadnej panoramie nie było mowy.


Tylko tyle i to wschodnia część miasta. Wracam, bo zmarzłam i jeszcze mam kawałek drogi. Kieruję się w stronę starej alei, która w 1942 roku wyglądała tak.


Na horyzoncie widać wyraźnie Marcinkę.


Teraz już nie ma tych pól, przy drodze powstały domy, nowe ulice, a jeszcze te pola pamiętam z dzieciństwa.


Jeszcze w latach siedemdziesiątych tych domów było mało.



Teraz cała droga zabudowana domami.


W tym miejscu był przejazd kolejowy. Często szlaban był spuszczony wiele czasu wcześniej, więc co bardziej niecierpliwi przechodzili przez tory. Bywało tez, że zatrzymywał się  pociąg towarowy i stał i stał i stał, no cóż, przełaziło się między wagonami, po buforach.
Teraz coś tam robią i nie da się nawet przejść.
Koniec wycieczki, wracam na dworzec,czas wracać i dokończyć dzień w Krakowie. 
Zrobiłam 9 kilometrów, zmęczyłam się trochę i  przewiał mnie zimny wiatr.