niedziela, 19 sierpnia 2018

Krótko o krótkim wypadzie

Krótko ale lepiej niż wcale.
Bo jak się można oprzeć gdy po miejskim upale, kurzu i hałasie można odetchnąć zapachem lasu, zobaczyć w oddali Tatry, choćby przysłonięte chmurami, pod stopami zwykłą drogę, posłuchać szumu potoku. Wszystko wprawdzie w małych porcjach, ale zawsze pożądana zmiana.



Las za domem, zaraz po przyjeździe trzeba iść.



Rano na spacer,


którędy?


Kózki trzeba poczęstować bo się dopominają,


wrzos już kwitnie,


nasionka wybierają w świat,



tego widoku nigdy za wiele i marzenie, że może kiedyś jeszcze dam radę.



Tych skaczących jegomości pełno,


nie miałam zamiaru podglądać, tak wyszło.


Malowanie na patyku też było i na kartce też.





Jeszcze wieczorny spacerek,




Tatry za chmurami,



słońce za lasem, dzień już krótszy.
Na drugi dzień już wyjazd, na spacer nawet aparatu nie wzięłam, zdjęcia potoku nie będzie. Żal mi że tak krótko, na drugi raz trzeba inaczej to zaplanować.


wtorek, 14 sierpnia 2018

Ogrodzieniec

Początki miasta sięgają prawdopodobnie XI w. Rozwijało się tu grodzisko rolników, myśliwych i smolarzy. W 1241 r. Ogrodzieniec został najechany przez Tatarów, którzy spalili miasto i zamek. Po najeździe drewniany dotąd zamek został odbudowany z kamienia. ( tyle Wikipedia)

Na stronie miasta jest dokładna historia, miasteczko jest niewielkie, przejeżdżałam przez nie wiele razy w drodze do rodziny.  Sam zamek widziałam dawno temu, kiedy jeszcze nie wszędzie można było wejść.
Teraz są ścieżki, mostki, schodki, poręcze, barierki, można imponujące ruiny obejść dookoła, widoki z góry piękne, w środku mini muzeum i.....tłumy ludzi. Byliśmy w niedzielę, pogoda była wspaniała, więc się nie dziwię, ale.....nie lubię tłoku.
Kilka zdjęć "bezludnych" udało się zrobić.










Poszczególne fragmenty są opisane, mijamy sypialnię, bibliotekę, la raczej trudno sobie wyobrazić te wnętrza wśród surowych murów.



Były miejsca, gdzie ludzi nie dało się ominąć, do ciaśniejszych wejść stało się w kolejce.


Izba tortur też była.




Pod zamkiem pełno atrakcji dla dzieci, stragany z "pamiątkami" i rozmaitym plastikowym orężem. Niemal przy każdym domu dysponującym kawałkiem podjazdu czy wolnym miejscem parking dla samochodów. 
Nie żałuję, z przyjemnością ruszyłam się za miasto, nie mówiąc o Towarzystwie dzięki któremu cały wyjazd doszedł do skutku.
DZIĘKUJĘ!!!♥

sobota, 11 sierpnia 2018

Sierpnie

Aura ostatnio nie sprzyja wędrówkom, zrobiłam się ospała i rozleniwiona, wzięło mnie na wspomnienia.
Tak się zawsze składało, że jeśli gdzieś wyjeżdżaliśmy  to w sierpniu. Przeglądałam zdjęcia i przypomniały mi się tamte sierpnie. Najpierw studenckie, obozowe, kiedy to przemierzaliśmy z namiotami Sudety, Beskidy, Bieszczady, potem  już trochę dalej, bo demoludy, potem z dziećmi Tatry i znów demoludy. Jeździło się w spartańskich warunkach, pociągami w tłoku i niewygodzie, wędrowało z ciężkim plecakiem, spało na sianie, pod namiotem, myło w potoku, gotowało jedzenie na ognisku. Później były nawet wczasy, bo z dziećmi, ale jak podrosły to w namiocie czy schronisku też spały. Zawsze mi się już będzie sierpień kojarzył z wędrówką, wyjazdem, niepokojem , chęcią zmiany miejsca.


Rowy, obóz studencki, prawie dwa tygodnie cudownej pogody, plaży, wycieczek, opaliłam się wtedy na czekoladkę.


Inny obóz, tym razem góry, tutaj śniadanko i


gotowi do drogi. Często na wyścigi z deszczem, byle zdążyć rozbić namiot.


Okolice Krynicy Morskiej, pierwsze zmotoryzowane i to był tamten szczególny Sierpień. Ledwo docierały do nas wieści, słuchało się radia tranzystorowego i papierosy kupowało na wagę.



Bułgaria nietypowo bo nie morze tylko góry,


piękne zresztą.


Rylski Monastyr.


Był też pobyt w NRD, Keten, Drezno, póki młodsza była mała jeździło się bardziej stacjonarnie.


Te wakacje były piękne. Wyjazd inny niż wszystkie, sami i tam gdzie wcześniej było poza naszym zasięgiem, piękna Słowenia.



Data na zdjęciu jest źle ustawiona, też było zrobione 1 sierpnia.



Rok później trzeba było zrezygnować z planów na dalszy wyjazd. Zostały okolice Wisły, Skoczów, 






wypad do miasteczka Rumcajsa i Hanki. To był ostatni wyjazd razem, minęło już tyle lat...


Żeby nie było zbyt nostalgicznie, sierpień to już z długoletnią tradycją Targi Sztuki Ludowej, Cepeliada czy jak to nazwać, bo śledząc na przestrzeni lat widać zmiany. Teraz coraz trudniej o prawdziwe rękodzieło, takie pojedyncze, nie produkowane hurtowo. Więcej komercji, chociaż bywają ciekawe, ale to pojedyncze stoiska. 


Podobał mi się ten św. Franciszek i


kapliczka.


Te cudeńka z nasion, łupinek, trawy zachwycają precyzją wykonania, takie są malutkie.



Kapliczki inne niż wszystkie.


Bolesławiec obowiązkowo, miseczkę sobie kupiłam.


Ptaszory, artystyczne nie ludowe, ale ładne.




Na koniec bez kury i koguta obejść się nie mogło.
Dzisiaj upał mniejszy, dokończyłam ten post, bo pisałam go dwa dni, coś mi nie szło. Połowa sierpnia prawie, już się budzi żal, że lato się kończy, chociaż temperatury dokuczyły mocno, czas przestać narzekać i cieszyć się tym co pozostało, smakiem letnich pomidorów, sałatek, owoców i zrobić nalewkę ze śliwek bo już widziałam węgierki.