środa, 20 września 2017

We wrześniu listopadowo

Jak listopadowo to w minorowym nastroju, bo na spacer nie poszłam, cały dzień siąpi i mży, niebo przykryte jednolitą warstwą ołowianych chmur, wszystko nasiąka wilgocią, zdjęć nie da się robić bo wszystko szare, jedyny plus, to zaczęli grzać.
Szukałam zdjęcia i przy okazji poczytałam własne posty na blogu rok, dwa wstecz. Doszłam do wniosku, że stałam się monotematyczna i przewidywalna, ciągle tylko spacer, wystawa, wystawa, spacer, powiało nudą, nic dziwnego że czytelnicy się wykruszają, a Ci pod których namową założyłam ten blog już w ogóle tu nie zaglądają i własne blogi porzucili. Już nic nowego mi się nie udaje wymyślić:

Wspomnienia lat studenckich były,


kot też dostał swoje zdjęcia i parę zdań,


rodzinne pamiątki odkurzyłam,


do kilku stolików zaprosiłam,


nad bramy patrzyłam,


włóczyłam po bramach i podwórkach,


w kałuże zaglądałam,


znosiłam tłok na jarmarkach i coś tam jeszcze, już się pogubiłam. Nie pamiętam, nie chcę się powtarzać, wszystko się zmienia, okoliczności, ludzie, losy, wydarzenia, mam wrażenie, że tkwię w miejscu i właściwie nie mam nic do powiedzenia. 
No to się pożaliłam, niewiele to pomogło, jakaś chandra mnie dopadła, nawet na pociechę kapelusza sobie nie mogę kupić bo nie noszę i debet blisko. nawet napisać byle do wiosny się nie da, bo za daleko. Ech....

niedziela, 17 września 2017

Taka sobie niedziela

Zaczęła się szarością za oknem, walką z kotem, który postanowił ściągnąć mnie z łóżka (miał rację) i postanowieniem, że dzisiaj to już się nie dam i zrobię co postanowię.
Po śniadanku poszła w ruch kartka i długopis, spisałam sobie porządnie co mam zrobić i przystąpiłam do działania. Sprzątnęłam co miałam sprzątnąć i.....na spacer poszłam. Na Kleparzu miał być dzisiaj kiermasz popularyzujący potrawy z ziemniaków, zapowiadali wielkie smakowe atrakcje, postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym.
Lubię ziemniaki, chociaż ostatnio rzadko je jadam. Pamiętam, że w domu jadło się często, najbardziej lubiłam odsmażone z kwaśnym mlekiem, na zimno ze śmietaną i te pierwsze młode, z koperkiem, polane masełkiem....mniam.
Godzinka marszu i jestem na miejscu. No cóż jak zwykle trochę pary w gwizdek bo jakoś to mało efektownie wyglądało. Czysto ziemniaczanych stoisk było zaledwie kilka, natomiast podpięły się egzotyczne i inne.
Trochę zdjęć zrobiłam.

Nie chciało mi się nosić, bo mogłam sobie takie ziemniaczki kupić.


Zjadłam takie coś z sosem brzoskwiniowym, był pyszny, szkoda tylko że na zimno, ciepłe pewnie byłoby jeszcze lepsze.


Kopytka z modra kapustą wyglądały smakowicie.


Tu się musiałam zadowolić reklamą bo jeszcze nie był gotowy.


Tutaj dostałam oczopląsu i ślinotoku,



bym zjadła  każdego, ale były po 2 złote sztuka, kupiłam tylko pięć.


Knedle z malinami też kusiły.


To już na pewno nie są ziemniaki,


a o ten torcik zapomniałam spytać bo zafascynowały mnie kiszone jabłka, nawet zdjęć im nie zrobiłam tylko pożarłam jedno, pyszne było.


Jak ten gulasz pachniał,


a pieczone ziemniaczki pięknie wyglądały.


Tu się dopiero piec rozpalał, nie czekałam na finał.
Postanowiłam się ewakuować, mój portfel głośno piszczał, miałam jeszcze w planie księgarnię, a debet bardzo blisko.


Po drodze mijałam kawiarnię, z takim oto ślicznym i rozczulającym "eksponatem" w oknie.


Kiedy wracałam nogi powiedziały stop, nowe śliczne butki nabiły mi dwa pęcherze, musiałam poprzestać na 9 kilometrach. W domu odgrzałam sobie pierożki, każdy inny, wszystkie pyszne, popatrzyłam na listę, pogoniłam robotę, jeszcze mi została jedna rzecz do zrobienia, tego postu nie miałam w planie.
Odkąd wróciłam leje deszcz i jest 13 stopni. Jesień??

czwartek, 14 września 2017

W Bunkrze Sztuki jak zwykle awangardowo...

Przeczytałam artykuł w gazecie, dawno tam nie byłam, zobaczyłam i nie żałuję.





Wystawa Bezpańskie głosy to pierwsza w Polsce indywidualna wystawa Ines Doujak.
Doujak studiowała tkactwo na wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Tradycyjne rzemiosło, fizyczny kontakt z materią stały się dla niej wkrótce punktem wyjścia do spostrzeżenia, że kultury – podobnie jak wątki tkaniny – splatają się ze sobą, a jednocześnie ich poszczególne barwy prowadzą nieustanny dialog.
(tekst ze strony wystawy)
Fascynacja tkaniną i jakby kpina z haute couture globalnego biznesu, czerpiącego zyski z gotowych ubrań, poszukiwania miejsc, gdzie można wyprodukować tanio. Natłokowi wzorów, barw towarzyszy też filmowy przekaz, rytmiczny taniec i śpiew.










Cykl pt "Karnacje" koncentruje się wokół kolaży wykonanych z oryginalnych nadruków zaprojektowanych na podstawie tablic edukacyjnych i atlasu medycznego z początku dwudziestego wieku, łącząc ludzkie ciało z roślinami i zwierzętami dla skonstruowania międzygatunkowych stworzeń. (Tekst pochodzi z broszury wydanej z okazji wystawy)




Dziwne wrażenie robiły te kolaże, ale interpretacja sięgająca ucisku kolonialnego wydaje mi się trochę naciągana.
Trudno mi zinterpretować następną część wystawy, pozostawiam ją bez komentarza.






Jak ktoś ma ochotę może przeczytać powyższy tekst. Wisiał jako część ekspozycji i trochę daleko.




Podobają mi się, mogłabym coś takiego mieć, może w bardziej zgrabnej formie...


Na koniec nie mogłam sobie odmówić. Te schody zawsze mnie kuszą żeby im zrobić zdjęcie. Łączą trzy poziomy sal wystawowych.


niedziela, 10 września 2017

Nie poszłam...

Miałam plany sobotnio niedzielne bardzo ambitne, bo przecież nie wiadomo jak długo potrwa powrót lata. Lata takiego jak lubię, z umiarkowaną temperaturą, słońcem, lekkim wiatrem, rześkim powietrzem. Tymczasem jak to zwykle bywa, połowy nie zrealizowałam, bo jak się chce równocześnie iść na daleki spacer, posiedzieć w słońcu na balkonie z książką i kawą i umyć okno i jeszcze wystawę zobaczyć, która właśnie jest ostatni dzień, z czegoś trzeba zrezygnować.
Najłatwiej było zrezygnować z mycia okna, z trudem ze spaceru, (pomogła w tym niedyspozycja stóp) wystawę zaliczyłam i z wielkim trudem kilka kilometrów też. (6 to trochę mało) Sjesta balkonowa bardzo przyjemna była.
Dzisiaj nie poszłam na coroczny marsz jamników, wolałam stare samochody,spacer (nadal tylko 6) i posiadówkę na balkonie, bo przecież nie będę myła okna w niedzielę.
Mogłam zrobić wiele, tymczasem leń wylazł z kąta i usprawiedliwiał wszelkimi sposobami odpuszczanie sobie....
A Classic Moto Show wart był zobaczenia.



Kartka w środku to ogłoszenie: "oddam w dobre ręce"








Lśniące, wymuskane, widać, że "dobrego gatunku".







Przejechałabym się takim "krążownikiem szos".








Takie cudeńko stało obok budki z kawą i niedaleko


tego staruszka.


Jedyny taki egzemplarz, z przodu


i w całej okazałości.
Nie zapamiętałam danych technicznych, nie znam się na tym i przyznaję, mało mnie to interesowało. Panowie zwiedzający oczy mieli naokoło głowy, zaglądali wszędzie gdzie się dało, komentowali, ja podziwiałam i czekałam aż sobie pójdą i przestaną zasłaniać.
Zamarzyło mi się żeby mnie ktoś kiedyś przewiózł takim starym samochodem, a wypasioną nowoczesną bryką z odsłoniętym dachem też.
Pogoda się psuje, trochę spaceru żal, ale coś za coś.....