Takie dni lubię, bez oporów wstałam wcześniej niż zwykle, spacerek z wózkiem odbyłam, a po obiedzie poszłam odwiedzić moje drzewo, bo nie mam jesiennego zdjęcia.
Po drodze musiałam wziąć głeboki odech na widok rozbebeszonych wykopków na mojej trasie. Parę dni temu pękła rura co, przyszła ekipa, ogrodziła, dwa dni kopała, rurę wymieniła i.....zniknęła.
Wykop pozostał, a nam trzeba go omijać po trawniku i błocku.
Krzak dzikiej róży kusi owocami, ale kto by się bawił w zbieranie i czyszczenie.
Ładnie podświetlone lekko przymglonym słońcem liście.
Nie wiem, czy te owoce są chore, czy zmrożone, w każdym razie większośc była zczerniała, albo właśnie pokryta takim białym nalotem.
Droga prowadzi wzdłuż linii kolejowej do Katowic i na lotnisko,
zdążyłam zrobić zdjęcia pociągom.
Puchata nawłoć ma zielone odrosty,
ale to drzewo już straciło wszystkie liście, a może uschło?
Widać pozostałości deszczu, na szczęście tylko ten fragment drogi taki mokry.
Nie oparłam sie pokusie i przyniosłam trochę tej, jeszcze nie złotej, jesieni do domu.
Kupiłam rano na targu taką śmieszną dyńkę, nazbierałam trochę kasztanów.
Szkoda, że tak szybko tracą swój blask.
Nie lubię jak w trakcie robienia zdjęć zabraknie miejsca na karcie pamięci, a zapasowa zostaje w domu, Dlatego nie ma zdjęć zachodu słońca, ale i tak był mało efektowny.