wtorek, 10 października 2017

Ponarzekam sobie

Bywa, że nie lubię swojego miasta i tak było dzisiaj. Nie dość, że pogoda płata mi figle i już któryś raz z kolei zaczyna padać jak tylko wyjdę z bramy na spacer z dzieckiem, to jeszcze dzisiaj wkurzył mnie bałagan i hałas. Nie będę się rozwodzić nad kumulacją remontów ulic, bo musiałabym użyć brzydkich słów, ale hałas mi dokuczył mocno. Nie lubię ciągle chodzić tą samą trasą, chciałam sobie urozmaicić, przy okazji przejść bocznymi ulicami unikając odgłosów z głównych. Najpierw były montowane rusztowania z waleniem młotkiem, potem ocieplanie budynku i wiercenie w ścianach, myślałam że uratują mnie Planty. Pomyłka, tutaj słychać odgłos remontowanej Basztowej, turkot walizek na kółkach, bo tramwaje nie jeżdżą i trzeba na dworzec kawałek przejść, wycieczki małolatów też bezdźwięczne nie są. Nowoczesne tramwaje może i są ciche, ale na starych torowiskach zgrzypią niemiłosiernie. Park, o tam będzie cicho, złudna nadzieja, dzisiaj postanowili zbierać liście i kosić trawę. Dwa małe traktorki emitują może i niezbyt głośne ale wwiercające się w uszy dum, dum, dum silnika, a co jakiś czas pisk cofania. Zamiast się wyciszyć, endorfiny wyzwolić, z marszu cieszyć, zaciskałam zęby i kombinowałam jakby to szczęśliwie dojechać do domu i dziecka nie obudzić. Dodajmy do tego dziurawe chodniki, lawirowanie między samochodami parkującymi tak, że czasem wózek się nie mieści i co chwilę mżący deszcz. Żyć nie umierać w kochanym Krakowie.
Nnnno ulżyło mi, zdjęć nie pokażę bo na takie spacery aparatu nie biorę, ale bakcyl spacerów działa, aparat wtedy mam, kilka zdjęć się nazbierało.


Szaro było, więc zdjęcia marne.


Drogi mamy jak ser szwajcarski, im dalej od centrum, tym bardziej dziurawe.




W szarości trochę kolorku.


Mniszek zamarzył o wiośnie i zakwitł.



Skutki wichury, tam gdzie te bloki był jeszcze dwa lata temu zdziczały sad.


Żeby nie było tak smętnie i szaro, to tydzień wcześniej świeciło słoneczko i było ciepło.


Kamieniczki w okolicach Bonerowskiej i Zyblikiewicza.




Na Małym Rynku jarmark, ale się nie pchałam w środek, oni też woleli zaplecze..



Przyznaję, mam słabość do baniek mydlanych, moje narzekanie też takie, nie trwa długo.


Na zakończenie Romeo i Julia (?), och jak się bałam żeby się nie odwrócili.

czwartek, 5 października 2017

Miało być...

Miałam napisać o brzydkiej pogodzie, deszczu i na pociechę o niedzielnym słonecznym spacerze.
Tymczasem  wiadomość smutna z mojego podwórka, zmarł Bronisław Chromy, rzeźbiarz, którego dzieła spotyka się w Krakowie często. Niejeden raz zajrzałam podczas wędrówek do jego galerii w Parku Decjusza.
Nie wszystkim się podobają, ja je lubię. Zrobiłam parę zdjęć, niech to będzie z mojej strony takie osobiste  uznanie dla jego talentu.















Chromy był autorem m.in. Pomnika Żołnierzy Polskich w Katowicach, rzeźby Ukrzyżowanego w kościele Arka Pana w Krakowie, pomnika Lotników Polskich w Krakowie, Piety Oświęcimskiej, pomnika Bartosza Głowackiego pod Racławicami oraz stojącej u stóp Wawelu rzeźby ziejącego ogniem Smoka Wawelskiego. Jego dziełem jest także pomnik polskich żołnierzy poległych w bitwie o Wielką Brytanię, stojący na cmentarzu wojskowym w Brookwood k. Londynu. (z internetu)
Jest też autorem pomnika psa Dżoka, niestey nie chciało mi się wkleić zdjęcie.
Nie wiem czy galeria przetrwa, smutno bo już nie pojawi się żadna nowa rzeźba.








sobota, 30 września 2017

Pożegnanie września

Rano mgliście i zimno, ale obiecałam nakarmić kotkę wnuczki, trzeba było wyjść. Liczyłam, że za jakąś godzinkę wyjdzie słońce, zaplanowałam spacer, wzięłam aparat. Tymczasem zrobiło się zimniej i mgła większa, na dodatek poszłam niewłaściwą drogą. Znudziła mi się wielokrotnie przemierzana trasa, poszukałam dawnej drogi i okazało się, że się nie da. A wszystko przez budowę nowej nitki kolejowej.

Takich miejsc pełno po drodze, płoty, wykopki i przejść się nie da. Idę wzdłuż Powstańców Wielkopolskich, w głowie mi huczy bo ruch i hałas, zimno, ale wracać nie lubię.


Z jednaj strony kompleks nie wiem czego, bo na mieszkania to nie wygląda,


Z drugiej strony jeszcze tak, ale czy to wiadomo jak długo?


Bo zaraz obok galeria handlowa,


tylko po drugiej stronie za zmatowiałym ekranem resztki dawnej zabudowy.
Dotarłam do Klimeckiego, jeszcze trochę skręcam w Dekerta, ufff nareszcie ciszej.


Gdyby go odnowić byłby śliczny,


ktoś z fantazją i lubiący kolory,


ciąg dalszy nowego,


nowy przystanek kolejowy na Zabłociu,


zaraz obok resztki graffiti.


Docieram nad Wisłę, tu kiedyś stały pogłębiarki, które z drugiego brzegu oglądał mój wnuk. Mógł stać i stać obserwując ich pracę.


Dzisiaj już ich nie ma, została tylko zardzewiała barka. 


Wyjrzało słońce, ale powietrze zamglone lekko,


nie widać dokładnie.


Niedaleko stopień wodny na Dąbiu,


schodami w górę,


na drugą stronę,



schodami w dół i już jestem na bulwarach po drugiej stronie Wisły. Jeszcze kawałek drogi z małą przerwą w galerii, bo muszę zrobić zakupy, kończę spacer na Krakowskiej. 10.76 kilometrów, parę zdjęć, troszkę żal, że nie wybrałam innej trasy.
Żegnaj wrześniu.
Październikowy dodatek. Popełniłam kiedyś taki malunek, pasuje do niego piosenka.




Dziękuję Panterce CDR, dzięki niej też się nauczyłam wklejać piosenkę.

wtorek, 26 września 2017

Otrzepałam

się z listopadowej melancholii, pomogła aura bo błysnęło słońce, rodzinno-urodzinowy niedzielny obiadek też zrobił swoje. Już w sobotę na spacer,  mokry wprawdzie jeszcze, poszłam, w poniedziałek się rozkręcałam, dzisiaj już zrealizowałam wszystko co zaplanowałam, nawet z nadwyżką kilometrową.

W sobotę sprawdzałam  stan Rudawy,


przy okazji podglądałam żerujące kaczki,


po deszczu kałuż nie brakowało,


podobały mi się te mokre rozczochrańce,


kot miał fajny ogon.
Niedawno skończyłam książkę napisaną przez Wojciecha Plewińskiego, "Migawki. Wspomnienia fotografa". Pamiętałam jego zdjęcia z "Przekroju", w książce jest sporo informacji o jego życiu i pasjach. Dobrze się złożyło, bo otwarto niedawno wystawę jego zdjęć, więc było oczywiste że pójdę. Wystawa tylko do 4 października, dzisiaj wejście bezpłatne, więc po ośmiokilometrowym spacerze z wnuczką, postanowiłam się wybrać. 
Zachwyciłam się. Zdjęcia pochodzą z lat 50, kiedy Plewiński studiował w Krakowie i pracował w Pracowni Konserwacji Zabytków.
Zdjęcia z krakowskiego Kazimierza, lata 50.





Barbara Hoff.



Następny cykl to zdjęcia z wyjazdu do Włoch w roku 1957. Pojechał z grupą fotoreporterów. Widać, że chłonął wszystko, ale interesowali go też ludzie.




Następny cykl zdjęć to Ziemie Zachodnie. Jako młody chłopak przeniósł się tam z rodziną, objęli poniemieckie gospodarstwo w Sulisławicach. Później :







Ta seria zdjęć mnie urzekła.




Piwnica pod Baranami, początki, po założeniu w 1956 roku.




To mógł być tylko Krzysztof Litwin.

Zabrakło mi na wystawie zdjęć z przedstawień teatralnych, które Plewiński dokumentował. 
Najpierw obejrzałam wystawę z aparatem, potem jeszcze raz, potem jeszcze wracałam. Większa część odbitek jest oryginalna, część zrobiona ponownie już z pomocą nowszej techniki. 
Bardzo mi się te zdjęcia podobały,  robione z samodzielnie wywołanych błon, mające urok i coś co je różni od dzisiejszych kolorowych, doskonałych technicznie, coś czego nie umiem nazwać.
Trudno było robić zdjęcia zdjęciom, bo odbijało się swiatło i dach sali wystawowej.
Kiedy wyszłam dołożyłam sobie jeszcze spacer nad Wisłą i czy ktoś wie co to za ptaszki?


Jeszcze korek na Moście Dębnickim,


Przystanek pod Jubilatem, wiadomość dobra remontują Kossakówkę. (?)


I wreszcie wróciłam do domu.