sobota, 14 lutego 2015

Opowiem Wam o pewnej miłości...

Opowieść będzie poskładana ze strzępków wspomnień, niedokładnych wiadomości, zapomnianych scen i tylko jedno w niej pewne: jest autentyczna.
ONA. Najstarsza z sióstr, niewykształcona, umiejąca szyć, raczej mało urodziwa.

Zdjęcie z 1933 roku.
ON. Niewiele o nim wiem. Poznali się w 1936 roku. Wiem, ze mieli oboje coś wspólnego ze skromną pasieką w ogrodzie jej rodzinnego domu.
Teraz należałoby opowiedzieć jak się poznali i po kolei dzieje znajomości. Ale nie jest to możliwe.


Zbyt mało wiem i bardzo jednostronnie. Jednak spróbuję. Ich drogi się rozeszły w momencie wybuchu wojny. On zniknął, a ona nie wiedziała gdzie jest i co się z nim dzieje. Opiekowała się jego mieszkaniem, zabezpieczyła jakieś dokumenty, cenniejsze przedmioty, zajmowała ulami. (Zdjęcie z 1942 r)
Nie wiem kiedy się odnalazł, ale zmienił wyznanie i się ożenił. Zamieszkał w okolicach Krakowa. A Ona pojechała za nim. Wynajęła pokój w tej samej miejscowości, znalazła pracę w Krakowie i ....czekała.
Nie wiem jak długo, bo tutaj jest duża luka, wiem tylko, że rodzina trochę z niej podkpiwała, że jak tak może, na co czeka, on przecież  potraktował ją obrzydliwie. Po jakimś czasie żona umarła, wtedy ona postanowiła się nim zająć. Szyła mu koszule, bo on musiał mieć bawełniane, albo lniane, niewymowne też szyła. Nigdy nie zamieszkali razem, nigdy nie dal jej cienia nadziei na bliższy związek.
W 1962 dostała mieszkanie w Krakowie. Przeprowadziła się, bo z właścicielami  willi, w której wynajmowała pokój nie żyła w zgodzie. Przez długie lata pracowała w zakładzie produkującym podzespoły do radioodbiorników i telewizorów, szyła znajomym i sąsiadkom.  Często były to przeróbki i łatanie, robiła to wspaniale. Piekła też genialne torty, cud miód, niebo w gębie. I co miesiąc robiła wielkie pranie, najpierw ręcznie, na tarze, z całym rytuałem gotowania, wybielania, krochmalenia i prasowania, potem dorobiła się pralki.  Co miesiąc pakowała te czyściutkie koszule i bieliznę i jechała do niego. Był apodyktycznym, mało sympatycznym człowiekiem, hodował pawie i nie wiem, czy kiedykolwiek docenił jej wierność.
Bywało, że wymknęło jej się, że nic nie ma dla niej z takiego układu, ale chyba nawet nie pomyślała, że mogłaby to przerwać.
Radziła sobie doskonale, jeździła za granicę i nad morze, gdzie namiętnie zbierała bursztyny, miała sporo znajomych.


Charakter miała mało przyjemny, podobno od młodości taka była, lubiła narzucać swoją wolę i nieraz powiedziała coś niemiłego. Tylko dla niego była taka, jakiej otoczenie nie znało.
Jej starania przerwała dopiero jego śmierć. Nie wiem, czy rozpaczała, raczej nie, może przyjęła to tak samo, jak to, ze nigdy jej nie kochał? Bo mnie się wydaje, że ta miłość była jednostronna.
W każdym razie znaleziony po jej śmierci, na dnie szafy pamiętnik, był sporym szokiem.
Obejmował tylko rok, pierwszy rok wojny. Pisany pospiesznym, niewyraźnym pismem, ale odsłaniający inne, nieznane oblicze tej kobiety. Bo serce zawsze miała dobre, tylko  czasem trudno było je dojrzeć.

14 komentarzy:

  1. Coś mi się wydaje, że w każdym środowisku znajdzie się jakaś "zgryźliwa stara panna", tylko nie zawsze pamiętnik... i przypuszczenia, że życie wcale nie musiało się tak potoczyć... Czasami sytuacja zależy od samego człowieka, a czasami zostajemy wrzuceni w środek wiru utworzonego przez innych ludzi, historię, czy... "okrutny los"...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze mnie fascynowała ta historia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałoby się napisać: zmarnowane życie... Jednak co my możemy o tym wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że chyba jednak nie zmarnowane. Zrobiła dużo dobrego.

      Usuń
  4. niewinny czarodziej na wsi14 lutego 2015 16:46

    Co za historia ...jak widać miłość nie tylko czyni cuda , ale także kieruje ludźmi.
    Cóż ... bywa.
    Ważne, że była szczęśliwa ...chyba .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie do końca szczęśliwa.

      Usuń
  5. Z Twojej opowieści Ewo wynika ,że całkiem niezle radziała sobie w życiu . Jeśli chodzi o tego mężczyznę to był jej wybór , więc pewnie ,miała z tej znajomości jakąś satysfakcję . Każdego człowieka co innego zadawala ,nieraz są to rzeczy dla nas zupełnie niezrozumiałe . A może wyznaczyła sobie taką misję . Albo było to zadośćuczynienie ,za jakąś przewinę . Życie się tak różnie ludzom plecie ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Radziła sobie całkiem dobrze, a wziąwszy pod uwagę jej usposobienie, ton pamiętnika był niespodzianką. To był po trosze temat tabu, stąd tak niewiele wiem...

      Usuń
  6. Praktycznie czekała na niego całe życie...nie wiem, czy bym tak potrafiła. Takie wyczekiwanie to zwykła strata czasu, ale nie nam sądzić cudze wybory. Może taka zgorzkniała się zrobiła przez tą miłość niespełnioną?

    OdpowiedzUsuń
  7. Może...Takie czekanie beznadziejne..

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli w czekaniu była nadzieja, to nie takie beznadziejne. Facet nie zasłużył na taką miłość.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiesz, myślę, że ona już nie miała nadziei.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ania z Siedliska17 lutego 2015 13:19

    Miłość nietrafiona. Ale jednak miłość. Są ludzie, którzy przez całe życie nie zaznali tego uczucia. A Ona zaznała. I w ten sposób wolę myśleć o tej historii.

    OdpowiedzUsuń