niedziela, 27 grudnia 2015

OBIECAŁAM...

Relację z wystawy, więc póki jeszcze pamiętam....


Pomysł świetny, zrealizowany z rozmachem, we współpracy z  Muzeum Narodowym we Wrocławiu.
Na wystawie zgromadzono dziesiątki ubiorów, uzupełniono filmami z pokazów mody. Zaskoczył mnie wiek oglądających,  dużo młodych i bardzo młodych ludzi, dla mnie wspomnienia.  
Nie wolno było robić zdjęć, czego nie mogę pojąć, bo przecież nikt chyba nie skopiuje niemodnych już wzorów, jeśli ktoś ofiarował swój ciuch na wystawę to jest do oglądania. Jak tu pisać o modzie nie podpierając się zdjęciami? Postanowiłam posłużyć za modelkę, bo przecież cała moja młodość to PRL. Niestety będzie to niekompletne, ponieważ nie stać mnie było na Modę Polską, mama szyła mi sukienki sama, lub zdobyty z trudem materiał nosiła do krawcowej. Ta z kolei preferowała modę opartą na wzorach z Burdy, często nie lubiłam tych kiecek, ale trudno było z nią dyskutować.
W latach pięćdziesiątych  noszono też sukienki z paczek wysyłanych zza oceanu, kupione na bazarkach z ciuchami, gdzie można było upolować coś modnego.


Kostium, miałam też w latach sześćdziesiątych, kiedy to przyszła do nas moda mini ( wtedy maksymalnie do połowy ud, a nie centymetr za pupą). Nosiłam nad kolano, krócej raczej nie.




Kiecka z tych nielubianych, wczesne lata sześćdziesiąte.


Koniec lat sześćdziesiątych, zimy wtedy były normalne i kolana mi marzły.


Lata siedemdziesiąte.

Moda się zmienia, kiecki dłuższe i wchodzi na scenę kremplina. Wygodne to było, nie mięło się, nie trzeba było prasować, uszyli mi taką kieckę. Nie cierpiałam jej, ubierałam tylko żeby mamie nie było przykro. Pamiętam, że kolega z pracy miał z tego materiału garnitur w szafirowym kolorze.


Kochałam za to spódnicę z resztek wełny zrobioną przez mamę szydełkiem. Bluzka z ciuszków ufarbowana domowym sposobem bo była w paskudnym wściekle różowym kolorze.


Koszulowa bluzka, rozkloszowana spódnica i.....peruka. Był wtedy szał, mama miała, pożyczyłam sobie.


Była na wystawie wspaniała bananówa (spódnica) i takie szyte z chustek, oraz spodnie dzwony. Też takie miałam.

Często trzeba było sobie radzić we własnym zakresie, miałam wydaną w 1972 roku książkę "Nastolatki szyją same". Korzystałam z niej i czasem prostą rzecz uszyłam. Takie spódnice i spodnie były na wystawie.




Mam jeszcze pewnie parę zdjęć, ale nie lubiłam i nie lubię się ubierać "elegancko", najbardziej lubiłam modę na rozwleczone swetry, nosiłyśmy z córką wspólnie.
Jak już pisałam na Modę Polską nie było mnie stać, ale pamiętam sklep przy ul. Grodzkiej. Chodziło się tam podpatrywać co jest modne.
Na wystawie prezentowane są modele, które wędrowały do demoludów, oraz takie, których szara ulica nie widziała. Na przykład projekty Jerzego Antkowiaka, udziwnione, barokowe, na wielki dzwon.
Barbara Hoff to osobny rozdział, pamiętam wyprawy młodych dziewcząt do Warszawy po stroje z Hofflandu. Były inne, awangardowe, wygodne i z naturalnych materiałów.
Poświęcono jej na wystawie sporo miejsca, mniej Grażynie Hase, jej raczej ulica nagminnie nie nosiła. Przypomniano też modę inspirowaną kulturą ludową.
Dzianina też przechodziła swój okres świetności, ręcznie wykonane swetry z wrabianymi, pięknymi wzorami, sukienki robione na drutach, (miałam trzy), spódnice, komplety. Kto miał skarb w rodzinie (mama, babcia) lub sam potrafił, mógł się ubrać modnie, oryginalnie i tanio.
Wystawa warta obejrzenia, chociaż zabrakło mi na niej strojów kiedy to nosiło się szerokie spódnice na sztywnej halce, szerokie gumowe paski, do tego obcisłe bluzeczki z łódkowym dekoltem i balerinki. Baleriny na wystawie były, ale ja pamiętam inne, raz sobie kupiłam takie wymarzone.
Miałam wtedy 15 lat.




25 komentarzy:

  1. Świetna modelka:) Dzięki temu każdy ciuch wygląda pięknie, nawet nielubiana sukienka.
    Ja też nosiłam spodnie dzwony. Miałam takie fajne, w czerwoną kratkę. I w zieloną. No i dżinsy - wiadomo:) Piękna jest ta spódnica z resztek wełny.
    Szkoda, że na wystawie nie wolno było robić zdjęć. Mam kilka takich ciuszków po teściowej, które zachowałam jako zabytek. Musiałabym jednak dobrze poszukać, bo one gdzieś w najciemniejszym dnie szafy. Poszukam, ale nie dzisiaj:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I się okazało, że moja szafa ma niejedno dno. Miało być w zakamarku:)

      Usuń
    2. Poszukaj, warto czasem coś odgrzebać. Zapomniała bym, spełniam prośbę na @

      Usuń
  2. Fajna podróż w czasie. Moja mama też byłaby świetną modelką. Zawsze pięknie i modnie ubrana. Wiele rzeczy szyła sama. Ja też miałam od niej różne ciuchy uszyte z burdy, też ich nie lubiłam...
    Dzięki za fajny post. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę bardzo, zostałam modelką z konieczności...gdyby były zdjęcia.

      Usuń
  3. Gdyby zaistniała potrzeba, to wspomnianą książkę "Nastolatki szyją same" gdzieś jeszcze bym u siebie znalazła:) Wspaniała opowieść, dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś się nawet przydała, nie wiem, czy teraz dziewczyny szyją same, bo ja już nie.

      Usuń
    2. Ja tylko szyłam ubrania na bazie prostokątów:)

      Usuń
  4. Jeszcze jakis czas temu u mojej mamy pełno było takich ciuchów, po mamie, po starszych siostrach, czasem robilismy sobie przebieranki. Teraz już "oczyszczone". Kremplinowe ciuchy były bardzo wygodne-bez tego prasowania, ale za to "gorące", ja miałam sukienkę komunijną, obiecana przez babcię właśnie z krempliny. Moja siostra z wykrój z Burdy też sobie szyła sama ciuchy. Ja za to szyłam z głowy, spódniczki, proste bluzki. Spódniczki z farnowanych pieluch, a bluzki z podszewki, bo w sklepach nic innego nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Farbowaną tetrę i podszewki też pamiętam.

      Usuń
  5. spódnice z tetry to moja młodość :) fajny kalejdoskop modowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam sukienki mojej mamy z lat pięćdziesiątych, tylko brakuje mi zdjęć.

      Usuń
  6. Też sobie sama szyłam z czego bądź - np. z bistoru i tetry. A raz wybrałam sie do Hofflandu i kupiłam sobie cudną kasztanową kurtke jesienną. Do dzisiaj jest dobra!:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Hofflandzie ubierała się już moja córka. Miałam tylko białą koszulową bluzkę.

      Usuń
  7. Ale fajne ciuchowe wspomnienia! Moja Mama też mogłaby za modelkę posłużyć, była bardzo elegancką kobietą i przerabiała ciuchy na różne cuda. To znaczy Mama robiła projekty a zaprzyjaźniona krawcowa wykonywała:) Mam parę naprawdę unikatowych rzeczy po niej... Sama w nich też chodziłam. Jak Hana przyjedzie i poszukamy po szafach i strychu to zrobię posta:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Hofflandu też miałam parę rzeczy...

      Usuń
    2. Już się cieszę na taki post.
      Szkoda, że nie dało się zrobić porządnego sprawozdania z wystawy.

      Usuń
  8. Ach ten czar wspomnień. :) Ja jestem antytalentem jeśli chodzi o szycie i histerycznie... boję się maszyny do szycia. :) Ale moja mama szyła. A ja sobie wyhaftowałam śliczną myszkę na bluzce z tetrowej pieluchy. :) Pomysły w stylu Scarlett O'Hara też nie były rzadkością. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałaś kieckę z zasłony?
      Miałam z tym problem, a raczej mama. Kiedy o materiały trudno było kupiła mi kolorowy perkalik na sukienkę i uszyła. Tymczasem okazało się, że jej znajoma, z której córką się przyjaźniłam, zrobiła sobie z identycznego materiału zasłonki do okna w kuchni. Oczywiście potem sukienki nie chciałam nosić.

      Usuń
    2. Zasłony nie, ale majaczy mi się jakaś firanka. Jako wstawki do bluzki czy coś takiego. Dokładnie już nie pamiętam. :)
      No i wyciągało się jakieś cudeńka po babci, prababci itp. Ja np. miałam do czarnej sukienki na studniówkę taki zabytkowy kołnierzyk z koralików. Bardzo mi się podobał, poszukam zdjęcia. Ale materiał był typu podszewka i miał jedną wadę: tam, gdzie nie dotykał ciała natychmiast robił się zimny. I dotknięcie go z powrotem było lekkim szokiem termicznym. :)

      Usuń
    3. Przynajmniej się nie zgrzałaś w tańcu.

      Usuń
  9. niewinny czarodziej3 stycznia 2016 10:44

    Jestem pod wrażeniem ! Modelki i ujęcia tematu. Sam nie mam wiele do powiedzenia na temat sukienek. Pamiętam jednak wyprawy do Warszawy do Domów Centrum, gdzie kupowałem czarne sztruksowe spodnie. Tak po kilka par. Kilku kolegów z klasy składało u mnie zamówienia. Miedzy innymi RB :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, mody męskiej było tam niewiele, a szkoda.

      Usuń
  10. Hoffland był obowiązkowym i pierwszym punktem na mapie po przyjeździe do Warszawy! Sukienusię z tetry też miałam, a czynem heroicznym mojej cioci była szyta spódniczka ze wstążki szerokości 5 cm. Już nawet nie pamiętam ile metrów wstążki miała na samym dole... Szybko zaczęła się strzępić... Nie przetrwała długo :-( A wstążka była różowa. Jedyna dostępna w pasmanterii, potem już nawet takiej nie było :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy się ratował jak umiał. Moje córki do Hofflandu też jeździły.

      Usuń